state of mind

piątek, 19 maja 2017

Co ja dzisiaj widziałam! Cud prawdziwy! 

Stoję sobie przed biurowcem nerwowo paląc cieniasa a na przystanku naprzeciwko siedzi gruba baba. Taka okrągła i niewysoka, siedzi macha nogami, spod krótkiej sukienki wystają jej pulchne uda, no w końcu upał i wiosna wreszcie, a nawet lato. 

I je bułkę! 

Wpiernicza tą bułkę jak szalona po prostu siedząc sobie na przystanku i machając nogami.

A ja od wielu dni żyję chrupkami ryżowymi, wodą i stresem, bo - uwaga! weszłam na rozmiar 36 i pół, no i po prostu to nie wypada, nie w moim wieku, kiedy należy być suchym jak wieszak klonem perfekcyjnej pani domu, no jak nic, wszyscy zobaczą, że noszę większe spodnie i brzuch mi się zaokrąglił pod bluzką i zaraz mi się zrobi drugi podbródek i w ogóle potrzebna liposukcja, ale ja się boję operacji więc jem te chrupki albo wcale nic, powietrze jest takie pożywne, zwłaszcza wiosną, dużo pyłków i energii słonecznej i takich tam.

A ona sobie je bułkę. Nie widziałam z daleka ale na pewno białą, taką pełną węglowodanów i cukru i spulchniaczy, nieorganiczną na pewno.

Zzieleniałam z zazdrości.

PS. Bardzo lubię bułki. Jak widzieliście kiedyś na reklamie panią, która je wykwitną czekoladkę, tak dwoma palcami i mrużąc oczy z rozkoszy, bo wiecie luksus, jedwabisty smak i ta ekskluzywna czekolada i może jeszcze orzeszek w środku. To tak wyglądam ja kiedy znajdę na talerzu dziecka resztkę bułki z masłem (może być nawet upaprana keczupem) i ją pożeram malutkimi kąseczkami, żeby na dłużej starczyło.

#pathetic  

Tagi: dieta
11:13, korporacyjnazona , state of mind
Link Komentarze (1) »
środa, 16 grudnia 2015

Jingle bells, jingle bells... podśpiewuje Szefunio. Na środku stołu mieszka mini choinka i codziennie w drodze z przedszkola wyjaśniam, że tak, będziemy mieć światełka, jak tylko znajdę w sobie dość hartu ducha, by w tym radosnym świątecznym czasie przekroczyć próg jakiegoś sklepu.

Szefu wtedy wylicza kolory światełek, które mam koniecznie zapewnić. Wychodzi, że choinka będzie bardziej kolorowa niż tęcza na placu Zbawiciela (taki folklor warszawski, dla informacji tych, co są z innych miejsc), która była (bo już ją chyba rozmontowali) symbolem wiadomo czego.

Jednym słowem - Święta. 

Czyli peace, love and joy.

I wigilie firmowe. Fałszywe uśmiechy i - OMFG! - dzielenie się opłatkiem z kolegami z pracy (czy Sejm mógłby tego zabronić ustawowo? teraz tak szybko i sprawnie machają kolejne ustawy).

Zakupy prezentów. Tłok i hałas w sklepach.

Obowiązkowe działania charytatywne polegające na wyczyszczeniu szafy ze zbędnej odzieży i przekazaniu jej na jakąś szlachetną paczkę czy inny caritas. Jakie to praktyczne, nie sądzicie? Za jednym razem - porządek i spokój sumienia. Co za ulga. Jeszcze tylko poużalamy się trochę, biedne dzieciaczki, po co oni ich tyle naprodukowali, jak nie mają mieszkania ani nawet ciepłej wody, no ale teraz będą miały nową barbie, dwie siatki używanych bluzeczek i 10 kg proszku do prania. A teraz ruszajmy, bo promocje w sklepach, trzeba czymś te opróżnione półki w szafie zapełnić, kupić szalik tatusiowi, bluzeczkę mamusi, apaszkę teściowej, kolejny zestaw lego, hot wheels, konika pony z Celestii i koniecznie Vadera, bo nowe Gwiezdne Wojny.

Tym razem nie mam na to siły.

Przez cały rok wpłacam pewne kwoty na różne cele. Z zasady związane ze skomplikowanym leczeniem zagranicą dzieci, którym nasze opiekuńcze państwo oferuje termin na ratująca życie operację serca za dwa lata lub nie oferuje nic, rozkładając ręce i ustami lekarza szepcząc na boku "ale w ośrodku w USA, to może mogliby...".

Nie ukrywam, że zaklinam w ten sposób los. Żeby moje były zdrowe całe i żywe. Im jestem starsza tym ich istnienie wydaje mi się bardziej kruche. Boję się o nie, a najbardziej boję się choroby i cierpienia. Wspierając różne akcje, chcąc nie chcąc czytam różne historie. To rodzaj tortur, może kary, którą wymierzam sama sobie, mówiąc przy tym – zobacz czym jest strach i rozpacz, jak możesz wpadać w histerię z powodu brudnej wanny? Jak możesz wściekać się, że dzieci pomalowały ściany? Mają ręce, to błogosławieństwo, że mogą ich używać. Tak do siebie gadam i czuję się coraz podlej.

Opowiem Wam jedną z tych historii.

Był sobie chłopiec. Urodził się w dzikim kraju. Na świat wydała go kobieta, która za noszenie go pod sercem wzięła pieniądze od bogatej, niepłodnej pary. Miał brata bliźniaka. Cud. Dwa szczęścia zamiast jednego. Ale szczęście trwa krótko. Chłopiec ma ciężką wadę genetyczną. Z jego ciała odpada skóra, tworząc wielkie otwarte rany. Brat jest zdrowy. Biologiczni rodzice zabierają zdrowe dziecko. Dzięki bogom było ich dwóch, bo inaczej cały wydatek byłby na nic. Zostawiają chłopca w szpitalu, jako śmiertelnie chorą sierotę, w kraju, gdzie uczciwa opieka zdrowotna jest tylko dla tych, co mogą zapłacić. 

Mimo wszystko znajdują się ludzie, których jego los porusza. Chcą pomóc. Wykorzystują internet, media społecznościowe, szukają chętnych do adopcji chłopca. Na całym świecie. 

I staje się cud. Z drugiego końca świata przyjeżdża rodzina, by zabrać chłopca. Uczą się bandażować, opatrywać, ufać, kochać i śmiać się…

Tu powinien być happy end. Ale go nie ma, bo jesteśmy na ziemi, trzeciej planecie od słońca, gdzie bóg, ewolucja i postęp naukowy urządzają piekielną ruletkę, w której każdy może przegrać.

Nowa rodzina szuka sposobów, by poprawić kondycję chłopca. Jego rany są coraz dotkliwsze. Ciało psuje się także od środka. Eksperymentalny program naukowy zgadza się włączyć go do grupy swoich pacjentów. Przez rok chłopiec przechodzi gehennę pozbawienia odporności, przeszczepu szpiku, choroby odrzutowej, operacji. Fizycznie cierpi ale jest przy nim rodzina, społeczność, personel, jest zanurzony w życzliwości i miłości. Czy to wystarczyło? By zrównoważyć cierpienie, ból i strach? Czy było warto?

Anton zmarł dziś nad ranem. Adopcyjna rodzina zrobiła wszystko, by odchodził w spokoju, bez bólu i strachu. I by przeżył jak najwięcej fantastycznych chwil.

A ja zastanawiam się, czy cokolwiek mogłam zrobić. Czy wystarczy, że wsparłam leczenie dziewczynki z Polski z tą sama chorobą? Czy ona zniesie to leczenie, któremu Anton nie podołał? Żałuję każdej złotówki, którą wydałam w tym miesiącu na bzdury. Żałuję, że wychowałam córkę, której kupuję trzy pary dżinsów, by zechciała z nich łaskawie wybrać jedną. Żałuję, że nie potrafię dać od siebie nic lepszego niż pieniądze. Czuję się podle i nie mam ochoty na święta w dzisiejszej, komercyjnej otoczce.

https://www.facebook.com/Help-Anton-142880872427136/timeline

wtorek, 08 grudnia 2015

Nastoletnie wybryki Jedynki wpędza mnie do grobu.

A jak już o grobach mówimy to koleżanki z Focha informują jak się zorientować, że drewniane pudełko tuż tuż:

http://foch.pl/foch/1,139970,19268700,10-oznak-damskiego-uwiadu.html#BoxLSLink

Musze sobie koniecznie przypominać, że to ode mnie zależy czy zestarzeję się jak DJ Wika

dj wika

Czy jak Hunter Tylo:

operacje plastyczne

czwartek, 19 listopada 2015

- You look like a queen.

- Queen-Mother?

- No. The queen of my heart.

.

.

.

.

.

Ciekawe. Ciekawe dlaczego po tylu latach rezygnacji i potulnej ciszy ta hydra znów podnosi głowę. Potwór, który kiedyś wygryzał mnie od środka jako młodą kobietę. Piekielna potrzeba by być kochaną. 

Zupełnie zbędna.

Cholernie niepokonana.

Darmowy licznik odwiedzin
licznik odwiedzin