Kategorie: Wszystkie | na krawędzi | problemy małżeńskie | problemy wychowawcze | state of mind
RSS

problemy małżeńskie

czwartek, 26 listopada 2015

Parę dni temu mój korporacyjny małżonek próbował mnie wpuścić w maliny. Poczułam się rozczarowana. Rozgoryczona może trochę. Wkurzona jakoś mniej. 

Wrócił następnego dnia po naszej przerwanej rozmowie. Późno. Udawałam, że śpię. Potrzaskał drzwiami i poszedł spać. 

A kolejnego ranka... Myślicie, że zrobiłam awanturę, krzyczałam, płakałam, walnęłam talerzem o ścianę (nie, ściany mi nie żal, mam 4-letniego artystę, za parę lat zrobi się remont), zażądałam wyjaśnień?

Hmmm....

Nie.

Wstałam rano, zamknęłam cichutko drzwi od sypialni i poszłam z psem. Zapaliłam sobie papierosa, idąc cichą, pustą ścieżką wśród szeleszczących liści. Porozmyślałam. Kupiłam bułki. Zrobiłam śniadanie. Obudziłam rodzinę, nakarmiłam, wysłałam KM z Przepraszającą na zakupy.

Zrobiłam obiad. 

Wrócił, zjadł i zaczął się przytulać. 

- Dlaczego chciałeś mnie okłamać? - zapytałam spokojnie.

- Nie chciałem cię denerwować.

Nie wiem, czego chciał lub nie chciał. Nie wiem, czy mówił prawdę. Chyba nie chcę wiedzieć. Jestem zmęczona. 

Pozwoliłam się przytulić. Nie rozmawialiśmy o tym więcej. 

piątek, 20 listopada 2015

Korporacyjne życie KM kwitnie, co oznacza, że więcej go nie ma niż jest. Zagraniczne study tour, szkolenia - wypas.

Że wyjeżdża wiedziałam. W kalendarzu cały tydzień skreślony aż do niedzieli, dopisek "szkolenie".

Próbujemy rozmawiać, ale połączenia na Skypie się rwą. Słabe wifi. Mój messenger w telefonie bez opcji rozmowy wideo. Nie wziął ładowarki, bo okazało się, że z 5 w domu została jedna (czyżby nowa odmiana potwora skarpetkowego? złodziej ładowarek?). 

W końcu jednak zdzwaniamy się w czwartek wieczór. 

KM - Wracam jutro.

JA - Jak to?! Miało cię nie być do niedzieli?

KM (niechętnie) - Miałem jechać do X. Ale nie jadę.

JA - A kiedy mi zamierzałeś o tym powiedzieć?

KM (zły) - No przecież wracam, o co ci chodzi?

JA (wściekła) - O co mi chodzi?!!!

KM - rzuca słuchawką.

O co mi chodzi? właściwie o nic. Bo chyba fakt, że mój mąż wybiera się tuż po wyjeździe zagranicznym na spotkanie ze znajomymi nie jest niczym nadzwyczajnym. Nieistotne jest czy zamierzał zahaczyć o dom, czy od razu z lotniska pojechać gdzieś w Polskę. Czy chciał mi o tym powiedzieć? Powiedział a ja zapomniałam? czym tam chciał pojechać, skoro samochód stoi w garażu? Czy jego złość wynika z mojego zachowania czy z rozczarowania, że spotkanie nie wypaliło? Ciekawe czemu nie wypaliło? Towarzystwo go olało? Nowa władza aresztowała część szemranych pismaków, z którymi się radośnie zadawał?

Jestem tylko głupią kobietą, więc (nigdy się nie nauczę) wysłałam dwa sarkastyczne sms-y. No może jeden bardziej gorzki. Nie zniżył się, by odpowiedzieć. Nie próbowałam więcej. 

Szefu kaszlał w nocy. Biegałam z syropkami, potem zasnęłam skulona na pufie obok jego łóżeczka. Wstałam o 5.30. Włożyłam zbroję z eleganckich ciuchów i wyretuszowałam zmęczoną twarz. Pojechałam do pracy, gdzie wmusiłam w siebie śniadanie. Czeka mnie długi dzień w moim drugim życiu, gdzie nikt nie przypuszcza nawet jaka jestem naprawdę. I dobrze. 

Tylko po co wciąż spoglądam na telefon?

Jak idiotka?

czwartek, 14 maja 2015

Co do zasady, odwołując się do mojego ulubionego zawodowego przerywnika, zatem co do zasady nie jestem już żoną korporacyjną. 

Mój mąż od 9 miesięcy jest bezrobotnym, byłym pracownikiem korporacji. Został przeżuty i wypluty i to co zostało nie bardzo nadaje się do czegokolwiek. 

Wczoraj uświadomiłam sobie, że ma depresję. 

On też zaczyna to podejrzewać. 

Nic z tym nie zrobi zapewne. 

Mężczyźni nie przyznają się do depresji. Nie cierpią, nie rozpaczają, nie wołają o pomoc. 

Po prostu siedzą przed komputerem, dzień po dniu, tydzień po tygodniu. Godzinami dopieszczają cv, listy motywacyjne, listy przewodnie do listów motywacyjnych. Oglądają na facebooku znajomych z poprzedniego życia. 

Nauczyłam się dzwonić do domu przed powrotem z pracy. Żeby go obudzić. Przypomnieć o dziecku w przedszkolu, jedzeniu, uświadomić, że dzień prawie minął.

A kiedy wracam zaciskam zęby i myję zlew pełen garów, odkurzam, gotuję obiad. Czasem wrzeszczę i trzaskam drzwiami. Czasem płaczę. 

Boję się, że zachoruję. Boję się, że umrę. Boję się, że też stracę pracę. Boję się o dzieci. 

Też mam depresję. 

#zyciepokorporacji

środa, 28 maja 2014

Qiuz prawdę Ci powie:

http://www.edziecko.pl/rodzice/1,79357,8217210,Sprawdz__swoj_poziom_stresu.html#quiz

Zabawne, ale tendencyjne (czytaj durne) pytania pozwoliły mi uświadomić sobie jak niewiele poważnych problemów mnie dotyka poza jednym - nie jestem szczęśliwa. 

Ale kto by się takimi pierdołami przejmował, nie?

#firstworldproblems

wtorek, 09 lipca 2013

Nie liczę już na wiele. Pożegnałam się z dziecinnymi marzeniami, nie żądam prezentów, kwiatów, przestałam artykułować pragnienia w rodzaju "rysy na szkle". Zadowalam się pomocą w opanowaniu codziennego chaosu, cieszę się gdy usłyszę dobre słowo.

Mimo to z choleryka cholera zawsze musi wyjść.

Nie mam sił. Skończyły mi się legalne koła ratunkowe a ze względu na dzieci niczym tego żalu nie przytępię.

Bo jest mi żal. Po prostu żal.

Dlaczego? Co zrobiłam nie tak?

Tagi: problem
12:16, korporacyjnazona , problemy małżeńskie
Link Komentarze (5) »
środa, 24 października 2012

Tak tu sobie marudziłam ostatnio unikając w rzeczywistości zasadniczego wątku tej telenoweli a mianowicie - azaliż rzuci go ona czy też nie.

Trochę mnie już paluszki nawet świerzbiały, żeby opisać cudowną przemianę Bestii w poczciwego Szewczyka Dratewkę ale się jakoś ociągałam.

I słusznie.

Korporacyjny mąż istotnie przez kilka tygodni bił rekordy zaanagażowania w życie rodzinne. Kupował bułki i odbierał dziecko większe z rozlicznych zajęć, kąpał dziecko mniejsze, kupił nawet klej do podłóg (nie ten co trzeba ale zaprawdę powiadam Wam starał się). Korporacyjna zaś orała, siala, wstawała w nocy, sprzątała, mordowała sąsiadów (no dobra trochę wirtualnie, ale ze szczerymi intencjami), gotowała, prała i wychowywała dzieci w zgodzie z prastarą polską tradycją czyli kijem i marchewką z przewagą kija.

Zanim jednak zdążyłam ułożyć stosowne hymy pochwalne pieprznęło mnie w żołądek.

A było to tak.

Korporacyjny wybył pod koniec tygodnia. Do lasu wybył, typowo, czyli niejako służbowo ale w okoliczności mocno nieoficjalne i nacechowane procentowo.

Powrót zapowiedział w połowie weekendu i słowa dotrzymał. W mile sobotnie popołudnie snulismy ambitne plany remontowe na niedzielę.

No ale jak powiedziałam nieoczekiwanie pieprznęło mnie w żołądek. Jakoś nad ranem w niedzielę. Bolało i to tak na serio bo z łóżka nie wstałam. Ani na śniadanie, ani po śniadaniu, ani na drugie śniadanie ani na obiad. Koporacyjny przyniósł raz herbaty, zajrzał raz i drugi ale z coraz bardziej zaciętym wyrazem twarzy. Zwlokłam zwłoki i probuję się do wiedzieć o co chodzi. Dzieci dość grzeczne, jedno śpi, drugie ogląda, żarcie piętrzy się w lodówce, no nieużyteczna byłam chwilowo, ale zdarza się, nie?

Otóż nie. Korporacyjny przybył do domu wiedziony odruchem serca a ja mu to serce perdifnie złamałam. Obarczyłam gówniarzami, zamknęłam w chałupie, żeby sobie gnić w pościeli a jemu w tym czasie przeszedł koło nosa zakrapiany spływ rospudą czy inną hańczą i dlaczego właściwie zawsze jestem chora jak on wraca do domu?

Cholernie dobre pytanie. Dlaczego nie choruję kiedy jestem sama z dziećmi, zakupami, garami, potencjalnymi nabywcami nieruchomości, remontem za ścianą, cieknącym piecem?

Doprawdy nie wiem. Shame on me.

Z trudem pokonałam gul w gardle i cisnące się hamletowskie odezwy do sumienia w rodzaju "Czy ty mnie w ogóle kochasz?" Nie strzymałam tylko sarkastycznego pytania po co się ze mną żenił i dlaczego nie zaznaczył w przysiędze, że "tylko na dobre i pod warunkiem nieskazitelnego funkcjonowania sprzętu, pod groźbą rozwiązania umowy". Potem zwalczyłam odruch wymiotny, zeżarłam nurofen forte, zapiłam miętą i zajęłam się dziećmi. Korporacyjny wybył na basen upuścić frustracji.

Od wczoraj zdradza coś jakby objawy wyrzutów sumienia.

Drugi raz się nie dam nabrać.

Motto mojego męża to "Umiesz liczyć, licz na siebie" i "Tylko silni przetrwają".

Przetrwam albo zginę.

Chociaż czasami wyobrażam sobie jak Ania z Zielonego Wzgórza, że umarłam i wszyscy na moim grobie doznają zbiorowego ataku wyrzutów sumienia za to, jak mnie źle traktowali. Rozsądek podpowiada mi jednak, że małżonek by mnie skremował i schował na półce w piwnicy, żeby zaoszczędzić na miejscu i pomniku, a reszta byłaby zbyt zajęta sobą, żeby się tym przejmować.

wtorek, 09 października 2012

Poniedziałek, wróciłam z fitnessu, siedzę ze starszym dzieckiem na łózku i na bieżąco tłumaczę szkolną lekturę na polski (Grabowski, Puc, Bursztyn i goście - urocze ale język archaiczny).

Wchodzi korporacyjny.

- Umyłem dzieci.

- Uhmm.

- Powiesiłem pranie.

- Dzięki.

- Jestem za mało macho.

Gleba.

PS. Niestety wyszedł na spacer zanim zdążyłam zaproponować, żeby w ramach podnoszenia poziomu testosteronu zawlókł mnie za włosy pod prysznic.

środa, 26 września 2012

Dla wszystkich, którym jest mnie żal:
- świadomie wyszłam za mąż
- świadomie urodziłam dzieci
- świadomie zgodziłam się sprzątać i gotować
- świadomie zrezygnowałam z kariery na rzecz pracy na pół etatu
- świadomie stałam się kurą domową.

Ten blog jest zapisem mojej codzienności. Pokazuję Wam, co kryje się za drzwiami domu człowieka sukcesu i jego uroczej żony.

Bo wszystko ma swoją cenę. Rodzina i przetrwanie małżeństwa swoje kosztują.

Dziś coraz łatwiej jest powiedzieć mężowi, który nie do końca spełnił marzenie o rycerzu na białym koniu - "spadaj". Kobiety chodzą do pracy, zarabiają, walczą o alimenty, zawierają nowe związki.

Ale ja się na to nie zdecydowałam. Wybrałam i ponoszę konsekwencje swojego wyboru.

I nie uważam swojego wyboru za błąd.

Czy gdybym nie wyszła za korporacyjnego i została samotną matką - byłoby lepiej?

Czy nie legalizując związku bardziej byśmy się starali? A może bez ciężaru obrączki na palcu już dawno żylibysmy osobno?

Czy gdybym zrobiła karierę, na która miałam szanse, mój mąż kochałby mnie bardziej, czy nie zniósłby mojego braku czasu, zmęczenia, nieobecności?

Czy gdyby mój mąż nie zrobił kariery ale został np. nauczycielem - czy dalibyśmy radę żyć skromnie i spokojnie, czy jego charakter wziąłby górę i mimo wszystko poniosłoby go w świat?

Czy takie gdybanie ma sens?

Tu i teraz jestem matką i żoną.

Widocznie tak miało być.

wtorek, 25 września 2012

Urzekła mnie. Jestem pod takim, ku.wa, wrażeniem, że się nie mogę pozbierać od jakichś 2 miesięcy odkąd po raz pierwszy zobaczyłam kawałek tego programu i jego wyprasowaną prowadzącą.

Nareszcie. Doczekałam. Ktoś powiedział głośno i wyraźnie, że życie, które prowadzę i walka, którą staczam każdego dnia ma sens i zasługuje na szacunek.

Oczywiście MR ma lepszą chatę a koszulę pod kardiganem ma Burberry a nie z wsiowej Zary ale i tak jest moją siostrzaną duszą.

A teraz będzie mój coming out.

Moje życie polega na sprzątaniu i wychowywaniu dzieci. Mój mąż zarabia więcej ode mnie. Zgodziłam się świadomie przejąć większość obowiązków domowych, żeby mój mąż mógł pracować i rozwijać swoją karierę. Zanim pójdę spać sprzątam łazienkę - wanienkę, w której tata kąpał synka, rozrzucone ciuszki dzieci, gumowe kaczki, myję zaplutą pastą umywalkę a czasem też wannę i lustro. Co prawda o 22.00 a nie o 2.00 ale nie jestem jeszcze na poziomie mistrza.

Na kolację podaję rodzinie ładnie ułożoną na talerzach kompozycję z łososia, rukoli, pomidorów i serka. Do tego grzanki. Po to wszystko pojechałam do sklepu o 18.00 w sobotę, żeby było świeże.

Mimo 5 krotnego wstawania w nocy do małego dziecka codziennie rano ubieram się starannie. Makijaż robię w samochodzie ale zaraz na samym początku drogi, żeby mąż mógł zapamiętać mnie na cały dzień atrakcyjną.

1-2 razy w tygodniu wyszarpuję 45 min. na pilates, żeby klasyczne niebieskie dżinsy, które noszę jak każda szanująca się housewife dobrze leżały mi na tyłku.

Nie zarabiam dużo więc wyszukuję fajne ciuchy na allegro, żeby wyglądać modnie.

Nienawidzę swoich paneli, bo się elektryzują, przyciągają kurz i widać na nich każdego pluja, zrobionego przez szefunia. W związku z tym odkurzam i myję je codziennie. Jeśli nie zdążę mam poczucie winy, że dziecko raczkuje w roztoczach.

Po pracy wracam na wysokich obcasach przez swoją wieś pchając wózek a po drodze robię zakupy.

Skończyłam trzy fakultety. Znam 3 języki obce.

Jestem kurą domową.

wtorek, 07 sierpnia 2012

Wróciłam z "urlopu" już ponad tydzień temu.

Z "urlopu".

Szlajaliśmy się po rodzinie zamieszkałej na prowincji, w celu zmiany krajobrazu i składu powietrza na mniej zanieczyszczony. Remont finansowo zeżarł nas bardziej niż mogliśmy sobie wyobrazić. To nie poprawia atmosfery.

A atmosferę zabraliśmy ze sobą więc było jak było. Napięcie. Żal. I jeszcze raz napięcie.

Szefu ząbkował i co godzinę w nocy włączał alarm. Z rana nieprzytomni naciągaliśmy poduszki na głowę licząc, że to drugie będzie mniej odporne na donośne guganie i zwlecze się zabawiać potomka. Korporacyjny najczęściej wstawał, co byłoby godne podziwu gdyby nie podkreślał potem na każdym kroku, że odciąża mnie, bo zaraz wyjeżdża.

No właśnie.

Męski wyjazd.

Połowę naszego długo wyczekiwanego urlopu korporacyjny spędził z kumplami na Bałkanach.

Tak. Sama go do tego namawiałam kiedyś.

Tak. Zgodziłam się.

Tak. Wiedział, że zostanę sama z dziećmi bez żadnej pomocy.

Tak. Miał wyrzuty sumienia.

Ale i tak pojechał.

Wiem, że o tym marzył. Mam żal jednak, że powiedział mi o tym tak późno. Że postawił mnie w sytuacji bez wyjścia. Że nie pomógł mi zorganizować reszty urlopu. Co mi po jego wyrzutach sumienia?

Mogłam zostać w domu. To najbezpieczniejsza baza dla szybko przemieszczającego się na czterech łapach Szefa. Najwygodniejsza i dobrze zorganizowana. Dla mnie i małego. Dla Jedynki to klatka.

Nie chciałam patrzeć jak się obija o ściany przez tydzień i jak spada razem z narzutą z kanapy gapiąc się na durne produkcje disneya.

Pojechałam do mieszkania teściowej w Byłym Mieście Powiatowym. Zamieszkanego przez Leniwego Szwagra i niedomagającą już prababcię. Wiedziałam co mnie czeka ale i tak po 5 dniach byłam ledwo żywym wrakiem. Rano jedynkę do jeziora. Pekaesem. Zrobić zakupy. Uspać małego, ugotować obiad, spacyfikować Jedynkę, spacyfikować małego, pchającego palce do wszystkich kontaktów i żrącego kable i kwiatki. Posprzątać, żeby nie żarł też śmieci z podłogi. Zrobić kolację, umyć gary, przeżyć kolejny wkurw bo Leniwy Szwagier pieprznął swoje talerze do zlewu i wyszedł na piwo. Wykąpać, położyć jedno, poleżeć z drugim, wstać do pierwszego, zasnąć, obudzić się, bo Leniwy Szwagier wrócił właśnie z baletów.

Korporacyjny wrócił dość szybko. Przejechał sam jednym ciągiem całą Polskę, żeby było szybciej. Doceniam. Ale i tak w sobotę wieczorem po drugim tygodniu swojego "urlopu" byłam zdecydowana na rozwód.

A jednak go nie wyrzuciłam. Nie mogę patrzeć na małego Szefunia i pogodzić się z faktem, że dla niego nie będzie już rodziny tylko tu mama i gdzieś tam tata.

Więc tak sobie żyjemy. Na krawędzi. Jednego dnia próbujemy wszystko posklejać. Drugiego tłuczemy w drobny mak.

Nie wiem co dalej. Korporacyjny znów wyjeżdża. Służbowo-nie służbowo. Coraz trudniej mi to znosić.

Utrzymywanie równowagi na ostrzu noża nie może trwać wiecznie. W końcu spadnę i się pokaleczę.

 
1 , 2
Darmowy licznik odwiedzin
licznik odwiedzin