Kategorie: Wszystkie | na krawędzi | problemy małżeńskie | problemy wychowawcze | state of mind
RSS

problemy wychowawcze

środa, 25 listopada 2015

Jedynka dobiła tego lata do słusznego wieku 12 lat, 168 wzrostu i 47 kilo wagi. Kiedy na nią patrzę jako matka widzę pryszczate pysio, śliczne ząbki (dwa lata katorgi z aparatem ortodontycznym) i za długie włosy (na pewno złapie wszy w szkole).

Jako kobieta widzę cudowne stworzenie, o wielkich oczach z przepięknymi rzęsami i nogach do samej szyi. Jest ładniejsza niż ja kiedykolwiek byłam. Jest moją córką, więc nie czuję ani cienia zazdrości, tylko podziw i ... strach.

Co zrobić, żeby nikt jej nie skrzywdził. Jak uchronić przed zawiścią koleżanek, które ze złości powiedzą jej największy idiotyzm i zdobędą się na niespotykaną podłość (tylko ludzkie szczenięta potrafią być tak bezgranicznie okrutne). Jak nie dopuścić by popadła w manię odchudzania, albo beauty obsession (co to jest? zajrzyjcie sobie na instagrama, gdzie przewalają się fotki klonów z napompowanymi ustami, spacykowanych tonami pudrów).

Dobiwszy swoich 12 latek Jedynka zaczęła rozglądać się po świecie bystrym wzrokiem. Niestety nie tylko po świecie realnym ale też wirtualnym. Uzależniła się od youtube'a.

Wciąż wojujemy z telefonem. Jak tylko spuścimy ją z oka zaszywa się w łóżku pod kołdrą i ogląda vlogi youtuberów. Wzorem są dla niej dziewczyny stojące na tle ściany w spodniach z hm.

np. takie

Komentarz Jedynki do wiadomości, że dziadkowie wyjeżdżają na Maderę: A littlemonster też była na Maderze. 

Jedynka odkrywa w mniejszej łazience moją domową kosmetyczkę (mam dwie - jedną w pracy, drugą w domu... no dobra jeszcze taką małą noszę w torebce): Wow mamo, masz tusz loreala! littlemonster go testowała i jest świetny. Wow mamo, masz rozświetlacz, widziałam go na blogu xxxx (sorry, nie mogę ich wszystkich spamiętać).

Tak oto zostaję bohaterką własnej córki. Gdyż posiadam kosmetyki prezentowane przez szesnastolatkę na Youtubie.

Początek roku szkolnego. Jedynka chodzi i robi oczy Morta (patrz: Madagaskar) - Mamo, a będziesz w Tigerze? Ale jak będziesz to kup mi taki piórnik, no wiesz, plastikowy, wyślę ci link, littlemonster go pokazywała.

Początek roku, wyrosła jak brzoza i trzeba uzupełnić garderobę. Proponuję część własnej szafy, nie da się ukryć, że mam w niej za dużo. O mamoooo, no fajna koszula, ale ja bym chciała taką jak (znów pada nazwa kanału na youtube). Pokażę ci. 

Patrzę i oczom nie wierzę. Banał i nuda. Wystawa sieciówki i to skomponowana przez osobnika o wrażliwości estetycznej nornicy. Obejrzenie filmu w całości nieco mnie kosztowało. - To mamy - mówię. - I to też. I taką kurtkę też. 

- Ale mamoooo. 

Ulegam i nabywam co poniektóre egzemplarze. Znów jestem bohaterem we w własnym domu. 

Jednak wkrótce potem popełniam modowe przestępstwo (w oczach mojej córki) i spadam z piedestału. Kupuję dżinsy dzwony. Podobają mi się. Mają piękny kolor. Pasują do mojego stylu. Mogę sobie na nie pozwolić, bo noszę wysokie obcasy i mam przyzwoity wzrost.

- Błeeee, mamo jak mogłaś. Są obrzydliwe! Dzwony?!~Ohyda!

Nie pytam, która blogerka wydała taki wyrok. Dżinsy noszę. 

Zaczynają się chłody i doroczna wojna Korporacyjnego z córką. W tym roku, ze względu na wzrost i wygląd młodej batalia jest wyjątkowo brutalna. Jedynka upiera się nosić legginsy. Ma chyba z 10 par, ale tylko jedne są ukochane, wyciągnie je z dna kosza na brudy, bo koniecznie musi je założyć. Najlepiej z krótką bluzką. Tyłek na wierzchu. O nerkach nie wspominam. Od października odbieram rano telefony od KM - Widziałaś jak ona się ubrała?! Wyglądała jak lolitka. To skandal. Kazałem jej wrócić i założyć sweter. Tak nie może być!

Rozmawiam po południu z Jedynką, jest wściekła i nie rozmawia z ojcem, próbuję łagodzić. Proponuję, że poszukamy w szafie dżinsów, które będą jej pasowały. Nie ma. Te za krótkie, te za ciasne, te mają okropny kolor. 

- Czyli muszę Ci kupić dżinsy. Jakie?

- Czarne, obcisłe, z wysoką talią, pokażę ci, takie ma littlemonster....

piątek, 10 maja 2013

Szantaż na dziecko!?

[pusty śmiech]

http://natemat.pl/60657,szantaz-na-dziecko

Serdecznie zapraszam pana profesora Mikołejkę, aby sobie pooglądał nasze życie przez tydzień.

Zaczął się sezon więc mój mąż wyjechał służbowo na plażę w Turcji (i nie sprzedaje tam fałszywych roleksów). Zostawił mi dwoje dzieci, pół etatu, zapas mleka i pieluch oraz kluczyki do auta. Oraz oczywiście samodzielność i swobodę. Mogę a) oglądać co chcę, b) robić co chcę i c) pić co chcę pod warunkiem, że jest to a) praca domowa Jedynki lub kaczuszki na mini mini, b) sprzątanie, gotowanie, zakupy, usypianie, zabawianie, dostarczanie i odbieranie, praca i c) kawa.

A dzieci mam nawet dwoje więc możliwości szantażu są gigantyczne.

Mogłabym zaszantażować rząd, żeby mi zafundował gosposię, bo nie mogę się efektywnie bawić z dziećmi i stosować nowoczesnych technik np. nauki jedzenia gdyż przewracają mi się flaki, gdy Szefu rzuca pomidorem. Bo ja tego pomidora sama potem muszę sprzątnąć.

Mogłabym zaszantażować rynek pracy, żeby mi zaoferował co najmniej stanowisko prezesa z asystentką i kierowcą, żebym miała więcej pieniędzy i czasu dla dzieci oraz wyższe składki na emeryturę (a najchętniej jakieś opcje na akcje), bo przy obecnych perspektywach emerytalnych zdechnę z głodu po 2 miesiącach szczęśliwego 3-ego wieku.

Mogę zaszantażować panie w sklepie, żeby mnie obsłużyły poza kolejnością, bo Szefu ma dynamit w tyłku i siedzenie w wózku, gdy czekamy w kolejce wkurza go do czerwoności (mogę go tez puścić wolno of course - wtedy będę szantażować sklep, że go zabiorę jak mi zapłacą okup a jak nie to niech wpuszczają SWAT).

W autobusie mogłabym wszystkich zaszantażować, żeby mi ustąpili miejsca, wyjmując Szefowi smoczek z jadaczki - jest szansa, że autobus opustoszałby na najbliższym przystanku, normalnie nie rozumiem dlaczego ja na to nie wpadłam do tej pory!

Mogę tez zaszantażować uczelnie wyższe, że wpuszczę w ich system Jedynkę - byłaby najbardziej leniwym studentem ever i doprowadziłaby do zgonu ciało dydaktyczne (lub zrobiła oszałamiająca karierę naukową z swoimi predyspozycjami do leserstwa i lawirowania).

A pod oknem profesora nie bywam. Na placu zabaw tez nie bywam. Puszczam swoje potomstwo do miniaturowego ogródka, na który ciężko zapracowałam w stresie i wyrzeczeniu. Zwykle nie mam siły nigdzie się szlajać po powrocie z pół etatu na kolejne półtora w chałupie.

A z kolei a propos matek z któregokolwiek kwartału, to ja np. nie wykorzystałam całego macierzyńskiego tylko wróciłam za biurko, żeby utrzymać się na rynku pracy.

Profesorowi Mikołejce proponuję terapię własnego traumatycznego dzieciństwa w zaciszu gabinetu profesjonalisty.

A wszystkie skutecznie szantażujące matki serdecznie pozdrawiam.

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Środa jest dla mnie trochę zbyt radykalna, ale w tej debacie jej pragmatyzm wygrywa z idealizmem Ireny Wóycickiej:

http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,114757,13762997,Matka_czy_Polka__Debata_nad_urlopami_macierzynskimi.html?as=1

Mój osobisty smutny wniosek jest taki - gdybyśmy wiedzieli, co nas czeka, to pewnie byśmy się nie zdecydowali mieć dzieci. Korporacyjny powiedział to na głos. Ja ledwo odważam się to pomyśleć. Bo od matki, która żałuje, że ma dzieci to już tylko krok do dzieciobójczyni z Hipolitowa.

A prawda jest taka, że my nasze dzieci ogromnie kochamy. Całe nasze życie kręci się tylko i wyłącznie wokół opieki nad nimi i zapewniania im dobrobytu. Bywa jednak, że wyrwie się człowiekowi myśl - boziu, jak bym posiedział do 1.00 w dobrym filmem - albo - chciałabym cały dzień połazić po sklepach, posiedzieć pijąc kawę z pianką i poczytać książkę.

No way. TV stoi w pokoju, który z powodu warunków lokalowych podzieliliśmy na część dzienną i dziecinną. Po 20.00 turn off i możesz najwyżej poczytać w kuchni newsweeka. Jak już posprzątasz gary, zrobisz butelkę na noc i obiad na jutro, itp. Po pracy galopem do domu, odebrać dzieciarnię babci, której już para idzie z uszu.

Prawda jest taka, że przegraliśmy. Niezłe zarobki inwestujemy w dzieci i niezbędną im infrastrukturę (w tym nieruchomości zapewniające godną przestrzeń życiową). Czas dla siebie nie istnieje, rozparcelowany co do sekundy między pogoń za mamoną a utrzymywanie dzieci przy życiu, w czystości, sytości i względnie dobrym samopoczuciu (jestem częstym gościem toalety w pracy - mam tam przestrzeń tylko dla siebie, maluję się, czeszę a czasem nawet maluję paznokcie. Niestety czas nie jest z gumy i chwile przepieprzone na kontemplowanie rzęs też trzeba odpracować, podobnie jak pisanie bloga).

A teraz zbliża się jeszcze odwieczny problem wakacji. Uwielbiałam wakacje jako dziecko. Jako matka - szczerze nienawidzę i przeklinam tradycję, która nakazuje wypuszczać nieletnią tłuszczę na całe 2 miesiące, wrabiając pracujących rodziców w zapewnianie całodobowej opieki.

Czy DINKSy (Double Income No Kids) są szczęśliwsze? Nie wiem. Jesteście?

środa, 05 grudnia 2012

W pewnym sensie media to moja praca i zywkle bywam odporna na apokaliptyczne tytuły i dyżurne wyciskacze łez. Jednak zawsze jeśli sprawa dotyczy dziecka to coś mi się zaciska wokół gardła.

Tak ja tu.

gazeta.pl

Mój syn tez ma trzynaście miesięcy.

Nie chce mi się ostatnio pisać i żyję właściwie z dnia na dzień. Bo jest TEN sezon. Zgniła jesień, epidemie grypy, wirusów zwykłych, sraczkowych, zmutowanych. Dzieci zasmarkane, kaszlące, srające, gorączkujące, marudzące w nocy, w dzień, rano i wieczorem, przyklejone do rąk, do nogawki, do komputera i telewizora, zamknięte w domu, zwariowane z nudów. Setki złotych zostawiane w aptece.

Ale to wszystko nic.

Najgorsze są starcia z służbą zdrowia. Jako matka jesteś na końcu łańcucha pokarmowego, opierdziel możesz dostać nawet zostawiając kupkę do badań.

Dlatego kiedy tylko widzę jakiekolwiek oznaki infekcji u potomstwa zaczyna mnie boleć brzuch i przeżywam nawrót religijności.

Modlę się, żeby to nie było nic poważnego i nie skończyło się szpitalem. Z którego w Polsce można już nie wyjść.

PS. Tak zabrzmiałam jak nawiedzona idiotka, ale szpitale to mój osobisty koszmar a jąkać się zaczynam na sam widok białego fartucha.

 

czwartek, 22 listopada 2012

Podobno są gdzieś na świecie ludzie, którzy:

- robią sobie smaczne rzeczy do jedzenia (zamiast suchej bułki z serem)

- jedzą i żuja powoli, czytając przy tym najnowszego Newsweeka (zamiast połykać w pośpiechu gorącą zupę nabieraną lewą ręką bo na prawej siedzi dziecko i usiłuje za wszelką cenę zwalić talerx)

- chodzą do kina i do teatru (zamiast oglądać jednym okiem domo+ podczas leżenia na podłodze w grzechotkach)

- chodzą do restauracji (zamiast na piwo łomża do pustego baru z keno na osiedlu po uspaniu dziecka)

- czeszą się rano (a nawet uzywają suszarki i prostownicy)

- śpią osiem godzin (a nie 3-4)

- w niedzielę jedzą śniadanie w łóżku o 9.00 ( a nie wstają o 7.00 żeby zaliczyć sesję z nocniczkiem i dac sie opluć kaszą)

- uprawiają seks ....

Ale to na pewno tylko takie urban legends.

Zaprawdę powiadam Wam, nie miejcie dzieci.

wtorek, 20 listopada 2012

W telegraficznym skrócie:

mąż obecny - szt. 1

dzieci zdrowe - sztuk 0

teściowe obecne - sztuk 1

mole spożywcze - sztuk nie wiadomo ile (ignorują piekielnie drogą pułapkę i dalej żrą moją kaszę - świnie)

Jak wiadomo jestem uzależniona od netu a moim hobby jest agregowanie kontentu. No i patrzcie co kot przyniósł - śliczne:

http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,113418,11225614,Chlopiec_z_lalka__nic_specjalnego.html

Temat przypisanych ról społecznych jest mi bliski albowiem martwię się nieco, że będąc kurą domową zły przykład daję swoim dzieciom. Niewątpliwie Jedynka ma już wdrukowane, że facet może spieprzyć gdzie chce i kiedy chce a matka w domu żarcie ma ugotować, bo jak nie to kanał i najważniejsze na świecie jest sprzątanie pokoju.

Jednocześnie nigdy nie była fanką typowo dziewczęcych zajęć a zabawy w uczenie misiów, dom i ubieranie lalek nie miały chyba nigdy miejsca. Co innego wyścigi samochodowe, akrobacje i miśki kaskaderzy.

Szefu jest jednostką zbyt mało rozwiniętą, żeby ocenić potencjał jego męskości, ale wykopaną na strychu u babci lalą jest żywo zainteresowany, wózeczki różne posiadamy na stanie i zapewne będziemy z nich robić użytek, bo z doświadczenia wiem, że dzieci lubią wozić różne rzeczy (np. skrępowanego kocykiem kota).

Jednocześnie fascynacja Korporacyjnego posiadaniem syna objawia się w dużych dawkach zaskakującej czułości, więc szanse, że unikniemy chowu "na twardziela" są spore.

No i generalnie jakkolwiek nie lubię mojego męża to podoba mi się, gdy w nocy widzę Szefa uwalonego na ojcu i smacznie śpiącego.

Pokonaliśmy jelitówkę. Dla poratowania mojego wizerunku konieczny jest już heavy make-up (z gatunku tych dla ofiar przemocy domowej).

Jednocześnie dziękujemy Wadimowi z prywatnego pogotowia, który był u nas w sobotę. Jego totalnie olewackie podejście oraz skierowanie do rzeźni (czytaj szpitala dziecięcego) dało mi kopa niezbędnego do dalszej walki.

Stay tuned.

 

środa, 07 listopada 2012

Aby pogębić rów mariański, w którym się obecnie znajduję poprzeglądałam sobie blogi zgłoszone do konkursu kampanii "Na jednym wózku". Jak zwykle w takich razach zalał mnie mega wyrzut sumienia, że narzekam i pluję jadem a przecież dwoje moich dzieci hasa całych i zdrowych po domu i w ogóle jak tak można.

Rozgrzeszyłam się 30 sekund później (generalnie samokrytyka się mnie nie trzyma zbyt długo), bo przecież, żeby bohaterskie matki (i ojcowie) niepełnosprawnych dzieci mogły (mogli) lśnić pełnym blaskiem to muszą mieć w tle takie niewydarzone, ziejące niezadowoleniem zołzy jak ja.

Co jakis czas jednak przychodzi mi do głowy, że być może świat byłby lepszy gdybym była radosną, optymistyczną, kochającą ludzi i zwierzątka kobietką, co do i do tańca i do różańca.

Wzięło mnie dziś na poważnie, więc nawet w oczekiwaniu na autobus przy trasie szybkiego ruchu w szarym, dusznym zmierzchu naprzeciwko (what a coincidence) bilbordu reklamującego "Przed świtem" zrobiłam rachunek sumienia kogo to w najbliższym otoczeniu mogłabym obdarzyć bezinteresowną miłością.

W drodze logicznej eliminacji został mi jedynie Szefu i to tylko między 8 rano a 8 wieczorem. W pozostałych godzinach toczymy z synem interesujący pojedynek charakterów, polegający na tym, że on wyje w swoim okopie, czyli za szczebelkami łóżeczka a ja z poduszką na głowie udaję, że go nie słyszę i liczę do 60. Po tym czasie wstaję układam go, otulam, daję pić, czekam aż znieruchomieje. Następnie bezszelestnie wsuwam się do łóżka a po kolejnych 10 sekundach Szefu już stoi przy szczebelkach i drze japę. Nakrywam się poduszką i liczę do 60. Ta nowatorska metoda pozwala mi się skupić na konkretnych czynnościach (liczenie, układanie kołdry itp.) zamiast na planowaniu morderstwa.

Ostatecznie w godzinach nocnych mogłabym jeszcze kochać Jedynkę, bo wyjątkowo ostatnio śpi, a jak śpi to ma zamkniętą buzię i generalnie jest ok. Jednak Jedynka ostatnio kaszle przeraźliwie, zmuszając mnie do kursowania z syropami, więc w sumie nie. W nocy nie kocham nikogo.

No a wiadomo skoro nikogo nie kocham, to nikt nie kocha mnie. Dobra energia nie wychodzi więc i nie wraca. Dlatego mam nadzieję, że Maryśka Czubaszek nie będzie egoistką i zostawi namiary na jakiegoś miłosiernego doktora od eutanazji.

środa, 17 października 2012

Stwierdzam u siebie brak mózgu.

Nie jestem w stanie pracować. Nie jestem w stanie planować. Nie jestem w stanie myśleć.

Podejrzewam, że może to mieć coś wspólnego z brakiem snu.

Wszelkie próby spacyfikowania naszego młodszego dziecka nocą spełzły na niczym.

Nie mogę się nawet pocieszyć, że to za jakiś czas minie.

Jedynce nie minęło. 9 lat swojego życia zatruwała nam życie nocami, łażąc i próbując nas zmusić do współspania. Nie ukrywam, że czasami było blisko rękoczynów. Od kilku dni śpi, ale nie łudzę się, że to potrwa dłużej, najdalej pojutrze przyjdzie o 3-ciej i stanie mi w nogach łóżka jak wyrzut sumienia.

Szefu tez się rozkręca, dźwięk uruchamia już co godzinę a raz w nocy wstaje i za szczebelków łóżeczka przygląda nam się wnikliwie. Nawet jeśli wstanę, nawet jeśli nakarmię, nawet jeśli wezmę go i przytulę pod swoją kołdrą to i tak godzinę mam z głowy. Dziś od 5.00 do 6.00.

Losy Jedynki nie dają nadziei, czeka mnie kolejne 9 lat wstawania... Czasem miewam głupie myśli, o tym, gdzie i jak mogłabym się wyspać.

Bywa tu trochę osób, czy komuś udało się nauczyć dziecko spać w nocy? Litości, pomóżcie coś wymyślić...

środa, 29 sierpnia 2012

Gdybym miala broń to bym dziś kogoś zastrzeliła.

Sąsiada, który tłumaczy coś żonie w ogródku obok (za przemądrzały ton i za to, że go w ogóle słychać)

Psa z drugiej strony ulicy (za szczekanie)

Psa z końca ulicy (za odpowiadanie szczekaniem na szczekanie)

Własnego kota (za miauczenie).

Syna sąsiadki (za zaległe wkurwy spowodowane uruchamianiem hondy bez tlumika o 21.30 tuż przed moją bramą)

Najprawdopodbniej jednak załatwiłabym sama siebie, bo kobiety tak mają, że agresję kierują do wewnątrz, przeciwko samym sobie.

Dlatego żadna kablowa telewizja nie posikała się jeszcze ze szczęścia mogąc walnąć tytuł "Niewyspana matka sieje śmierć na ulicach".

Nie pamiętam już kiedy przespałam ostatnio jednym ciągiem ze 2 godziny. Dziecko mi się popsuło i nie umiem naprawić. Rano musze wstać, zamaskować spustoszenia na twarzy i pójść do pracy. a i tak miłe koleżanki często z troską w glosie pytają "Stało się coś?".

Nic się nie stało. To tylko niewspanie. Połączone ze zmęczeniem i niedojadaniem. Tym co tak zazdroszczą mi szybkiego schudnięcia, szczerze polecam - spróbujcie. 3 godziny snu na dobę, 2 posiłki, czasem tylko jeden prawdziwy a reszta to lapanie w przelocie kęsów chleba lub wykanczanie kaszki, ktora została po karmieniu szefa. 10 kg w dół w 4 miesiące.

Tylko z dnia na dzień narastają we mnie mordercze instynkty. I niechęc do siebie, do pracy (a tak ja przecież lubiłam), do starszego dziecka i w końcu nawet do tego małego, które nie wie czemu z gardła wyrywa mi się warkot, kiedy radośnie uwieszony mojej nogi wyciera mi resztki jedzenia w nogawkę spodni.

Jedynka wyjechała na kolonie. Jutro wraca. Nie tęskniłam.

EDIT: I jeszcze świadków Jehowy bym zastrzeliła. Kto do diabła przychodzi ewangelizować o 10.00 rano?

poniedziałek, 02 lipca 2012

Polecam lekturę.

Jakkolwiek Wysokie Obcasy jak zwykle wszystko uprościły tabloidowym tytułem, to jednak jest w tym artykule trochę prawdy. Nie da się zrobić krwistej kariery w "męskim" stylu nie poświęcając dzieci i rodziny. Da się pracować pod warunkiem równego dzielenie obowiązków domowych. Jeżeli mąż realizuje ambitną ścieżkę kariery ale decydujecie się na dzieci (albo pojawiły się już wcześniej), to:

A) albo matka pracuje na pół gwizdka (jeśli w ogóle) i bierze na siebie przedszkola, żłobki, przedstawienia, tańce, zakupy, zupy, rowerki,

B) albo zatrudnia się nianię na 10 godz. dziennie (praca plus dojazdy matki). Wtedy wWychowywanie dzieci przez 2 godziny dziennie plus weekendy nie daje zbyt dobrych efektów (co mogę potwierdzić własnym przykładem).

Ponadto postawienie na karierę ojca i pozostanie matki w domu (co w pewien sposób ogranicza jej horyzonty i czyni ją mniej atrakcyjnym partnerem intelektualnie, seksualnie i ekonomicznie) niestety zwykle kończy się odpałem w okolicach 40-tki i wymianą żony na nowszy model.

Reasumując. W dzisiejszych realiach ekonomicznych i przy współczesnych wymaganiach nakładanych na kobiety przez społeczeństwo (żeby się realizowały, zarabiały, były samodzielne, piękne, pachnące, smukłe a jak już są matkami to super idealnymi) zdecydowanie jestem za ograniczeniem przyrostu naturalnego.

Gdybym była taka mądra 10 lat temu nie wyszłabym za mąż i nie miała dzieci.

Pracuję. Nie zrezygnowałam z pracy po urodzeniu 2-go dziecka. Prawie żadna kobieta chyba tego nie robi. Nie wzięłam urlopu wychowawczego. Pracując czuję się bezpieczniejsza, mam własne dochody, kontakt z ludźmi, trzymam się rzeczywistości, jako tako jestem na bieżąco w branży, nie wypadam z obiegu, teoretycznie mogę oszczędzać na emeryturę.

Tylko co zrobić z tymi łzami, które automatycznie napływają, kiedy zamykam drzwi do domu a za nimi zostaje roześmiany Szefunio.

Rozmazują mi makijaż.

 
1 , 2
Darmowy licznik odwiedzin
licznik odwiedzin