wtorek, 12 czerwca 2012

Tak naprawdę walczymy na klasyczne zagrywki, które niczemu nie służą.

Powinnam wystawić mu torbę za drzwi. Albo on powinien się spakować. Może oboje boimy się nieuchronności tych kroków a przez to jest coraz gorzej. Swiadkami awantur są dzieci. Koroporacyjny przekroczył kolejną granice używając ich jako narzędzi. W nocy wywlókł zaspaną jedynkę z łożka. "Zobacz mamusia płacze. Może jej pomożesz?". Zabronił mi karmić małego. W pewnym sensie miał rację, bo popalam i nie umiem się powstrzymać. Po pełnych napięcia 30 minutach, które spędzamy rano w aucie w drodze do pracy papieros jest jak symboliczny przerywnik.

Chciałabym, żeby było inaczej, wtedy spróbowałabym nie palić. Ale potoczyło się jak lawina. Najpierw przeżywałam stres, że zostawiam dziecko, potem do tego dołączyły nasze kłotnie i wpadłam.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że powinnam być bez skazy. Zmęczona, zarąbana, nieszczęsliwa, ale mimo wszystko wzorowa matka. Na wszelki wypadek. Bo każdy drobiazg może zostac wykorzystany przeciwko mnie. Mam tego świadomość. Jest mi przez to jeszcze gorzej.

I ten ton głosu. Pełen jadu i agresji. Kiedy się taki stał?

EDIT: Jakiś nałóg zastępczy jest poszukiwany. Podrzućcie coś. Picie, palenie i marycha nie wchodzą w grę. Ale uzywka musi byc skuteczna w krótkim czasie. Jakies tam godziny na siłowni, czy przekopywanie ogródka nie wchodzą w grę.

13:24, korporacyjnazona
Link Komentarze (9) »

Jeśli spojrzeć na to obiektywnie (chociaż to mission impossible) to nigdy nie byliśmy udanym małżeństwem.

Konflikty towarzyszyły nam od początku.

Do tej pory osiągaliśmy lepsze lub gorsze kompromisy. Ostatnio odnosze jednak wrażenie, że mój korporacyjny mąż sam nie wie czego chce. A to znacząco utrudnia osiągnięcie porozumienia, bo nie wiadomo z czym się pogodzić a czego unikać.

Chociaż w sprawie unikania to mam pewną jasność - nie odzywać się, nie płakać, nie zgłaszać uwag, nie prosić o nic, prosić jasno i wyraźnie, nie sprzątać bo to generuje napięcie, nie bałaganić bo bałagan denerwuje, nie domagac się udziału w wychowaniu dzieci, najlepiej skitrać dzieci w łóżkach a najlepiej położyć spać o 19.00 zanim zechce wrócić do domu, zrobic remont, nie zawracać głowy remontem, zarabiać więcej pieniędzy, nie wydawać pieniedzy.

I jeszcze powinnam mieć zdolność jasnowidzenia, żeby wiedzieć kiedy przybędzie głodny i wściekły a kiedy jadł na mieście. W tym jestem beznadziejna, bowiem zawsze kiedy jest głodny zakładam, że pewnie jadł i mam na obiad twarożek, a kiedy się nażarł łososia we włoskiej knajpie to ja serwuję obiad z dwóch dań. A on tyje. Przeze mnie.

Żeby było jasne.

W takich sytuacjach nikt nie jest bez winy.

I ja też winę za sytuację ponoszę.

Nie uciekłam daleko. Kto będzie chciał to mnie znajdzie.

Mojego poprzedniego bloga od pewnego momentu czytywal mój mąż. Najpierw uznał to za świetną zabawę. Potem przyznał, że nieco lepiej mnie zrozumiał. A następnie przywalił mi za pomocą zdobytej na blogu wiedzy, aż się zawinęłam.

Więc żeby nie zaczynać od dupy strony powiem tak:

Miałam bloga, którego pisałam będąc w ciąży z drugim dzieckiem. Bardzo mi to pisanie pomogło uporać się lękiem ciążowo-porodowym.

Miałam też męża uzależnionego od pracy w korporacji. Odważnie deklarowałam, że to przetrwam i wciąż będę go kochać, nawet kiedy go ta korporacja już przemieli i wypluje. Nie przewidziałam jednak, że on nie będzie mnie już chciał.

Mój mąż dalej pracuje w korporacji a ja nadal jestem jego żoną. Od roku jednak nasze życie zmieniło się ogromnie. Umiera to co nas łączyło.

Piszę więc znowu, kolejny blog. Tym razem będzie to analiza powolnego rozpadu związku i dekompozycji uczuć.

Nie wiem jak długo będzie to blog publiczny. Jeśli ktoś się ze mną zaprzyjaźni to zawsze można cierpliwie poczekać aż odbiorę pocztę na very_bad_mother@gazeta.pl

Darmowy licznik odwiedzin
licznik odwiedzin