piątek, 29 czerwca 2012

Fatalna  zawsze mawiała, że zły początek tygodnia jest wynagradzany dobrym piątkiem i na odwrót. Czyli mój udany poniedziałek musiał się odbić czkawką. I tak było.

Nie wyspałam się. Mleko mi wykipiało. Usiłując postawić się do pionu wlazłam pod prysznic. Oprzytomniałam za chwilę bardzo skutecznie, lecąc goła i mokra przez cały dom na przerażający wrzask Szefa.

Spadł z łóżka. Nic sobie nie zrobił. Siostra złapała go przy podłodze.

Powinnam powtarzać jak mantrę: "To jest bardzo dobre dziecko, a ty jesteś złą matką. To jest bardzo dobre dziecko..." Jedynka ma cały repertuar zachowań, które doprowadzają mnie do furii, sprawiają, że całymi popołudniami cedzę do niej przez zęby złym głosem. A to jest fucking shit takie nieważne. Te małe łgarstwa, piżama na środku pokoju, brudne biurko, mokry ręcznik zwinięty w kulkę, sok rozlany w kuchni.

Przecież wiem, że gdyby nie ona, moja starsza córka, dla której nie umiem być dobrą matką partnerką, gdyby nie ona - to sfiksowałabym i trafiła do wariatkowa. Kto by mi popilnował dziecka w wózku, pomógł wnieść zakupy, zabawił wyjącego niemowlaka, przyniósł smoczek, butelkę, kapcie, herbatę?

Zanim powiadomicie opiekę społeczną o moich rodzicielskich zaniedbaniach weźcie proszę pod uwagę, że korporacyjny małżonek przysłał mi właśnie zdjęcie błękitnego morza egejskiego z piniami na pierwszym planie i podpisem "szkoda, że Cię tu nie ma".

Ja też k..wa żałuję.

wtorek, 26 czerwca 2012

Znowu wypłynął pomysł dzielenia się składkami emerytalnymi przez małżonków. Co prawda faworyzuje to niepracujące kobiety, ale bywają też niepracujący mężowie. W statystycznym ujęciu więcej kobiet zajmuje się domem i małymi dziećmi, przerwy w pracy generują niższe dochody, niższe składki, niższe emerytury.

Komentujący zauważyli, że praca mojego męża pozwala mi żyć na przyzwoitym poziomie.

I to prawda moi drodzy.

Dopóki nie zostanę wymieniona na nowszy model.

A kiedy mój mąż będzie na emeryturze popijał drinki z palemką ja podrepczę sobie do darmowej jadłodajni dla biednych. Chyba, że dzieci się nade mną zlitują i dadzą miskę zupy.

Bo na własną z emerytury wypracowanej na pół etatu nie będzie mnie stać.

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Kurczę, moźe to dzięki upuszczeniu żółci na teściową? Całkiem niespodziewanie spędziłam dośc udany jak na moje mozliwości wieczór.

A zapowiadało się nienajlepiej.

Zaczeło się od telefonu: "Kochanie, nie dam rady wrócić przed wieczornym spotkaniem". No pięknie. Kto odbierze kafelki? Kto rozpakuje ciuchy po wyjeździe? Kto poodkurza? Położy dzieci? Połknęłam łzy. Zabrałam dzieci do domu. Po drodze zakupy. Mały zasnął. No pięknie. Ja do domu nastawić makaron, jedynka przed domem pilnuje brata. Potem zmiana. Obudził się. Robimy obiad. Nieśmiertelny makaron z tuńczykiem. Mały do krzesełka. Pacyfikacja talerzem świderków. Jedynka marudzi na pomidory, Szefu je całym sobą. Po kolacji świat nie jest już taki czarny.

Więc mały do kojca, Jedynka wsiąka w lego, a ja starannie ignorując stan podłogi wrzucam sobie CSI. Zanim Szefu stanął na głowie (to nowa umiejętność, podpiera się sztywnymi wyprostowanymi nogami i głową a rękami robi jaskółkę skubany), zdążyłam obejrzeć półtora odcinka.

Podbudowana świeżym trupem wrzucam dzieci do wanny. Szantażuję jedynkę ręcznikiem, który jak zwykle zostawiła w pokoju i wymuszam powtórkę z tabliczki mnożenia. Jeszcze kasza dla szefa. Idą spać. Rany kota, jest 21.30 a oni śpią, a ja mam telewizor dla siebie!

Z radości zamarynowałam polędwiczki na ragout w czerwonym winie a teraz wykańczam chilijskiego merlota oglądając krew, malownicze trupy, morderstwa i poodcinane kończyny. No naprawdę udany wieczór.

Kto by się spodziewał???

22:31, korporacyjnazona
Link Komentarze (3) »

Oprócz bycia złą matką, złą żoną, złą córką, złą wnuczką jestem też złą synową.

I nie zamierzam się poprawiać.

Moja droga teściowa pochodząca z turystycznego rejonu Polski po raz n-ty zostawia mnie na lodzie na wakacje. Gdyż albowiem wyjeżdża za ocean, gdzie mieszka wnuk nr 2.

W zasadzie się jej nie dziwię. Chyba też bym wolała wybyć za ocean niż do wsi pod stolicą, do domu obsesyjnie sprzątającej, zasadniczej i wrednej Złej. Z pewnością będzie jej też lepiej niż we własnym domu, gdzie musiałaby opiekować się zniedołężniałą matką w mieście nawet nie powiatowym.

A że Jedynka przesiedzi kolejne wakacje przed telewizorem u Fatalnej?

A tu już moje zmartwienie.

W zeszłym roku zatrudniłam opiekunkę. W tym już nie dam rady – wyżyłowałam na remont i w końcu muszę znaleźć kogoś do sprzątania bo podpieram się zębami. Może po raz kolejny praca pójdzie mi na rękę i odbiorę w wakacje zaległe urlopy.

Ale jakiś tam żal do teściowej mam.

I tak generalnie się nie lubimy. Matkę korporacyjnego cechuje pewna „nieznośna lekkość bytu”. Okruchy na stole. Zgarnijmy na podłogę a stamtąd to się kiedyś posprząta. Ugotować małemu ziemniaka i marchwi. Jasne, jasne. Aaaaa, to miało być bez soli??? W osobnym garnku?! No to nie powiedziałaś! (Powiedziałam, ale tylko raz i niezbyt głośno. Mea culpa). 

Dziecko marudzi. „No daj to ja powożę. Ja go na dwór zabiorę.” (I siedzi).

No bo przecież głodne, albo zeszczane, albo zmęczone dziecko poczeka, aż ona skończy opowiadać.

„I taki kochaniutki, malutki on mój.” Nie twój do cholery tylko mój. Gdyby był twój to byłby rozpuszczony i niemożliwie nieznośny. Ale jest mój, więc nawet ciebie zniesie przez parę dni. I twój bezustannie włączony telewizor.

Wkurza mnie załatwianie wszystkie przez trzymanie na rękach. Dziecko potrzebuje tez innych rzeczy. Picia na przykład. Deseru. Czystej butelki. Ale te sprawy to ja muszę sobie we własnym zakresie – ona jest od trzymania na rękach. Bez względu na okoliczności. „Ależ idźcie sobie. Nie zostawicie go ze mną????” A nie.

I krygowanie się. „Tak mało tu nas miejsca” – byłoby więcej gdybyś posprzątała. „Mnie to nie stać” – powinnam wyciągać portfel? „Nie możecie zjeść wszyscy razem, bo nie rozłożyłam stołu” – to poproś, żebyśmy rozłożyli.

Obok wszystkich irytujących mnie cech jest teściowa osobą ciepłą, niegłęboką ale troskliwą i pomocną.

Nie dla mnie jednakże.

Przed nami kolejna wakacyjna gimnastyka.

I fochy Fatalnej pozostawionej z 2 dzieci.



11:40, korporacyjnazona
Link Komentarze (6) »
środa, 20 czerwca 2012

Poranki są trudne. Krótkie, intensywne i niebezpieczne jak pole serbskiej marchewki.

Wstajemy. Zawsze za późno. Ubrać jedno, umyć drugie. Zjeść choć kęs i znaleźć czyste gacie.

Dziś spóźnienie przekroczyło punkt krytyczny, więc według planu awaryjnego Korporacyjny pojechał z jedynką do szkoły a ja zostałam jeszcze chwilę, żeby wyszykować Szefunia na żłobkowanie z Fatalną.

Jedną ręką trzymam gościa za nogę (upadek z przewijaka ma jak w banku - jest zwiercony jak chomik syryjski) drugą myję zęby. Dzwoni telefon. Plując pastą, łapię dziecko pod pachę, szukam słuchawki. Jest. Odbieram.

- Widziałaś moją teczkę? - pyta po drugiej stronie korporacyjny.

- Nie. Rozejrzę się - obiecuję.

Szukam. Hol, przedpokój, schowek, szafa korporacyjnego (rzut oka do środka tylko dla ludzi o mocnych nerwach), w ostateczności sprawdzam kibelki. Nie ma.

Korporacyjny wpada do domu.

- Jest?! - pyta z nadzieją.

- Nie ma - odpowiadam. - Może została u Fatalnej. W samochodzie nie ma?

- Nie.

Korporacyjny dzwoni więc do teściowej. Teczki nie ma.

- Ukradli mi - cedzi. Po żyłach na czole widzę, że zaraz będzie zawał. - Zabierz go do samochodu, muszę wziąć magnez.

Biorę Szefa na jedną rękę, na drugie ramię torbę z pieluchami, torebkę, na nogi wsuwam nie zapięte pantofle. Klapiąc obcasami schodzę jak kulawy wielbłąd. Wkładam małego do fotelika i kątem oka dostrzegam coś czarnego między fotelami na tylnej kanapie wozu.

Mrugam oczami. Nie. No przecież okropny jest ale nie zrobiłby takiej afery mając teczkę za siedzeniem.

- Korporacyjny!!! - drę się już bez żenady na całą ulicę. - A co to do cholery jest?!!!

Wystawia głowę z okna w kuchni. Minę ma jak spłoszona norka.

I tak jest średnio raz na tydzień. Chociaż po raz pierwszy bohaterem dnia była teczka. Zwykle jest to portfel/kluczyki/klucze do domu/karta do służbowego garażu/karta na basen (niepotrzebne skreślić).

wtorek, 19 czerwca 2012

No nigdy, ale to nigdy bym nie przypuściła, że zgodzę się z Joanną Sokolińską, której opowieści o Żożo i Żorżecie budziły we mnie odruchy wymiotne.

Ale dziś się zgadzam.

Oto co wypluł mój facebookowy news feed:

http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,114757,11915130,Od_Redakcji__Ja_nie_chce_byc_dyspozycyjna_.html

And yes. Ja też nie życzę sobie być dyspozycyjna. Wypluta i zmordowana po usiłowaniach dobicia do poziomu bezdzietnych koleżanek lub co gorsza kolegów (mogą być dzietni i żonaci, to w ich stosunku do pracy nic prawie nie zmienia). Ja chwilowo nie zapieprzam na nadgodziny. I w najbliższym czasie nie zamierzam. Ale czy moja skuteczność spadła? Nie. Wyniki mam nawet lepsze niż w zeszłym roku, bo owocuje tamta ciężka praca z czasu, gdy byłam w drugiej połowie ciąży.

Nobody cares.

Taki life.

Babski.

Na froncie rozejm. Zbrojny. Siedzimy w okopach i ostrzymy bagnety. Albo pójdziemy się wspólnie skuć albo będzie krwawo.

piątek, 15 czerwca 2012

KM na służbowym wyjeździe. Niby dobrze bo spokój.

Ale źle, bo nie śpię.

Nie sypiam sama. Nie umiem. Nie mogę. Dostaję schizy, paranoi, nie wyobrażam sobie ale WIEM,  że zaraz ktoś mnie zamorduje.

Więc oglądam nagrane odcinki "The good wife".

Jeśli nawet zasnę to za godzinę będę musiała wstać nakarmić dziecko. Potem znów długie zasypianie, 1,5 godz. snu i znów pobudka na utulanie małego. Wczesny czerwcowy świt na wpółsennym czuwaniu. Dzień zaczęty na podpieraniu się nosem, kawa, kołatanie serca i czekanie na kolejny wieczór.

Mój problem polega na tym, że bardzo źle znoszę samotność.

A życie korporacyjnej żony to w większości czekanie.

W samotności.

 

czwartek, 14 czerwca 2012

Rozmawialiśmy.

Przyznał, że źle postąpił z dzieckiem. Przyznał, że nie powinien się unosić. Przyznał, że nie pamięta o co się pokłóciliśmy.

"W tym newsweeku nie ma co czytać" - oznajmił na koniec.

 

18:32, korporacyjnazona
Link Komentarze (1) »
środa, 13 czerwca 2012

I już. Po wszystkim.

Już jest normalnie. Jakby nic się nie stało.

Oszaleję. To jest zagranie, które mnie rozwala. Korporacyjny wstaje jak gdyby nigdy nic i szykuje śniadanie. Jedziemy do pracy. Kuchnia, tak kuchnia do zrobienia, no fajny pomysł z tą murarką, trzeba poszukać fachowca... I drzwi, tak drzwi rewelacja, ale zrób jeszcze ze dwa zapytania dla porównania cen.

Co robić? Drążyć problem? To wyjdę na stronę generującą konflikt. Nie wracać do sprawy? To przecież chwila, aby do następnego razu i będzie powtórka z rozrywki. Co robić?!!!

Jezu, ja bym tak chciała, żeby kogos obeszło, że weszłam w kałużę i mam mokro w bucie...

Zamiast usłyszeć: "A bo ty sierota jesteś, trzeba było wziąć kalosze."

wtorek, 12 czerwca 2012

Jestem zaskoczona liczbą osób, które chcą utrzymać ze mną kontakt. Pozwólcie, że podziekuję Wam zbiorowo, chociaż starałam sie wszystkim odpisać chociaż paroma słowami.

Nie znamy się, a mimo to łączą nas te same doświadczenia. Poświęcacie mi czas i uwagę, obdarzycie radą, opiórką lub po prostu dobrym słowem.

Za to Wam serdecznie dziękuję.

W domu gęstej atmosfery ciąg dalszy.

Korporacyjny postanowił wybyć na mecz. Nie zakomunikował mi co prawda tej nowiny ale wpadając do domu z komórka przy uchu umawiał się z sąsiadem no to sie domyśliłam, chociaż ponoć głupia jestem jak stolek.

Niech wybywa. Nic mi do tego. Problem jedynie w tym, że przed wyjściem postanowił udowodnić, jakim jest super ojcem. Wykąpał zatem dziecko w letniej wodzie, zrobił jedynce kolację, zapędzil ją do mycia, zrugał przy tym tylko 3-krotnie a na koniec wywialił na podloge zawartość lodówki wyciągając z niej wrzucone byle jak piwo. Huk przestraszył malego, który zasypiał.

Wybył zatem lecz wkurwiony na maksa.

W międzyczasie usiłowałam zamówić jakąś deskę do remontu. Przychodzę do męża i pytam czy taka szerokość mu odpowiada. Nie, za szeroka. I zaczyna się. Podniesionym głosem, nerwowo drąc kartkę zaczyna mi udowadniać, że źle wybralam. Włazi na stołek, demonstruje, wścieka się. No jego prawo, tylko, że ja juz od 5 minut jestem gotowa przyznać, że deska może byc węższa. Bo mi to zwyczajnie wisi.

Jest nerwowy. Podminowany na maksa. Awantura wisi w powietrzu. Nie potrzeba czarów, żeby sie zmaterializowała, wystarczy jedno nieostrożne słowo.

21:47, korporacyjnazona
Link Komentarze (6) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
Darmowy licznik odwiedzin
licznik odwiedzin