czwartek, 03 stycznia 2013

Napiszę, bo muszę to z siebie wyrzucić. Choć nie sądzę, żeby mi ulżyło.

Dziewczynka, która zmarła w Sylwestra wskutek uderzenia odłamkiem fajerwerka - to młodsza siostra jednej z najlepszych koleżanek Jedynki.

Znam jej rodziców. Niezbyt blisko. Ot, zebrania, przedstawienia, wyjazdy, imprezy szkolne, komunia. Czworo dzieci, zawsze uśmiechnięci, mili. Wszystkie wydarzenia w szkole starannie fotografowali. Jeszcze dwa tygodnie temu ona bawiła się z naszym Szefem na szkolnych jasełkach.

Jesteśmy z korporacyjnym porażeni i nie umiemy się pozbierać. Wyobrażamy sobie co czują. To było ich najmłodsze dziecko.

A siostra? koleżanka Jedynki? Jak będzie wyglądało teraz jej zycie, naznaczone taką traumą?

Wiem, że są wierzący a przynajmniej praktykujący. Czy wiara im pomoże? Czy cokolwiek może pomóc w takich okolicznościach?

Jak możesz Boże dopuszczać do tak absurdalnych śmierci?

22:39, korporacyjnazona
Link Komentarze (16) »
środa, 05 grudnia 2012

W pewnym sensie media to moja praca i zywkle bywam odporna na apokaliptyczne tytuły i dyżurne wyciskacze łez. Jednak zawsze jeśli sprawa dotyczy dziecka to coś mi się zaciska wokół gardła.

Tak ja tu.

gazeta.pl

Mój syn tez ma trzynaście miesięcy.

Nie chce mi się ostatnio pisać i żyję właściwie z dnia na dzień. Bo jest TEN sezon. Zgniła jesień, epidemie grypy, wirusów zwykłych, sraczkowych, zmutowanych. Dzieci zasmarkane, kaszlące, srające, gorączkujące, marudzące w nocy, w dzień, rano i wieczorem, przyklejone do rąk, do nogawki, do komputera i telewizora, zamknięte w domu, zwariowane z nudów. Setki złotych zostawiane w aptece.

Ale to wszystko nic.

Najgorsze są starcia z służbą zdrowia. Jako matka jesteś na końcu łańcucha pokarmowego, opierdziel możesz dostać nawet zostawiając kupkę do badań.

Dlatego kiedy tylko widzę jakiekolwiek oznaki infekcji u potomstwa zaczyna mnie boleć brzuch i przeżywam nawrót religijności.

Modlę się, żeby to nie było nic poważnego i nie skończyło się szpitalem. Z którego w Polsce można już nie wyjść.

PS. Tak zabrzmiałam jak nawiedzona idiotka, ale szpitale to mój osobisty koszmar a jąkać się zaczynam na sam widok białego fartucha.

 

czwartek, 22 listopada 2012

Podobno są gdzieś na świecie ludzie, którzy:

- robią sobie smaczne rzeczy do jedzenia (zamiast suchej bułki z serem)

- jedzą i żuja powoli, czytając przy tym najnowszego Newsweeka (zamiast połykać w pośpiechu gorącą zupę nabieraną lewą ręką bo na prawej siedzi dziecko i usiłuje za wszelką cenę zwalić talerx)

- chodzą do kina i do teatru (zamiast oglądać jednym okiem domo+ podczas leżenia na podłodze w grzechotkach)

- chodzą do restauracji (zamiast na piwo łomża do pustego baru z keno na osiedlu po uspaniu dziecka)

- czeszą się rano (a nawet uzywają suszarki i prostownicy)

- śpią osiem godzin (a nie 3-4)

- w niedzielę jedzą śniadanie w łóżku o 9.00 ( a nie wstają o 7.00 żeby zaliczyć sesję z nocniczkiem i dac sie opluć kaszą)

- uprawiają seks ....

Ale to na pewno tylko takie urban legends.

Zaprawdę powiadam Wam, nie miejcie dzieci.

wtorek, 20 listopada 2012

W telegraficznym skrócie:

mąż obecny - szt. 1

dzieci zdrowe - sztuk 0

teściowe obecne - sztuk 1

mole spożywcze - sztuk nie wiadomo ile (ignorują piekielnie drogą pułapkę i dalej żrą moją kaszę - świnie)

Jak wiadomo jestem uzależniona od netu a moim hobby jest agregowanie kontentu. No i patrzcie co kot przyniósł - śliczne:

http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,113418,11225614,Chlopiec_z_lalka__nic_specjalnego.html

Temat przypisanych ról społecznych jest mi bliski albowiem martwię się nieco, że będąc kurą domową zły przykład daję swoim dzieciom. Niewątpliwie Jedynka ma już wdrukowane, że facet może spieprzyć gdzie chce i kiedy chce a matka w domu żarcie ma ugotować, bo jak nie to kanał i najważniejsze na świecie jest sprzątanie pokoju.

Jednocześnie nigdy nie była fanką typowo dziewczęcych zajęć a zabawy w uczenie misiów, dom i ubieranie lalek nie miały chyba nigdy miejsca. Co innego wyścigi samochodowe, akrobacje i miśki kaskaderzy.

Szefu jest jednostką zbyt mało rozwiniętą, żeby ocenić potencjał jego męskości, ale wykopaną na strychu u babci lalą jest żywo zainteresowany, wózeczki różne posiadamy na stanie i zapewne będziemy z nich robić użytek, bo z doświadczenia wiem, że dzieci lubią wozić różne rzeczy (np. skrępowanego kocykiem kota).

Jednocześnie fascynacja Korporacyjnego posiadaniem syna objawia się w dużych dawkach zaskakującej czułości, więc szanse, że unikniemy chowu "na twardziela" są spore.

No i generalnie jakkolwiek nie lubię mojego męża to podoba mi się, gdy w nocy widzę Szefa uwalonego na ojcu i smacznie śpiącego.

Pokonaliśmy jelitówkę. Dla poratowania mojego wizerunku konieczny jest już heavy make-up (z gatunku tych dla ofiar przemocy domowej).

Jednocześnie dziękujemy Wadimowi z prywatnego pogotowia, który był u nas w sobotę. Jego totalnie olewackie podejście oraz skierowanie do rzeźni (czytaj szpitala dziecięcego) dało mi kopa niezbędnego do dalszej walki.

Stay tuned.

 

czwartek, 08 listopada 2012

...w jednej celi z seryjnym przestępcą seksualnym.

Życzę tego politykom katoprawicy i platformowprawicy i patologicznej prawicy a także pracownikom NFZ, ZUS i wszystki obecnym i byłym ministrom zdrowia oraz posłowi Górskiemu. Bo mi się nóż w kieszeni otwiera, kiedy w kraju, gdzie na porządku dziennym są:

- ubolewania nad zamrożonymi zarodkami,

- durne głosowania nad zaostrzeniem ustawy aborcyjnej (bo biedne dzieciątka i morderstwa)

- pitolenie T. Terlikowskiego, którego w końcu ktoś gdzieś spierze po ciemku (czekam z ustęsknieniem, funduję szarlotkę sprawcy) o cywilizacji śmierci,

czytam relacje takie jak ta http://dziecioza.blox.pl/2012/09/Dwa-tygodnie-w-szpitalu.html#komentarze.

Weźcie wy się wszyscy i zapewnijcie przynajmniej minimum godności tym, którzy już są na świecie. I odpieprzcie się wreszcie od tych zarodków, co to niby wołają z głębin zamrażarek. Żeby wołać trzeba mieć minimum zwojów mózgowych, krążenie i struny głosowe, więc jak wam coś gdzieś woła, to sprawdźcie, czy sąsiad się nie urżnął i nie śpiewa.

Co za syf, ja nie mogę.

 

 

12:34, korporacyjnazona
Link Komentarze (11) »
środa, 07 listopada 2012

Aby pogębić rów mariański, w którym się obecnie znajduję poprzeglądałam sobie blogi zgłoszone do konkursu kampanii "Na jednym wózku". Jak zwykle w takich razach zalał mnie mega wyrzut sumienia, że narzekam i pluję jadem a przecież dwoje moich dzieci hasa całych i zdrowych po domu i w ogóle jak tak można.

Rozgrzeszyłam się 30 sekund później (generalnie samokrytyka się mnie nie trzyma zbyt długo), bo przecież, żeby bohaterskie matki (i ojcowie) niepełnosprawnych dzieci mogły (mogli) lśnić pełnym blaskiem to muszą mieć w tle takie niewydarzone, ziejące niezadowoleniem zołzy jak ja.

Co jakis czas jednak przychodzi mi do głowy, że być może świat byłby lepszy gdybym była radosną, optymistyczną, kochającą ludzi i zwierzątka kobietką, co do i do tańca i do różańca.

Wzięło mnie dziś na poważnie, więc nawet w oczekiwaniu na autobus przy trasie szybkiego ruchu w szarym, dusznym zmierzchu naprzeciwko (what a coincidence) bilbordu reklamującego "Przed świtem" zrobiłam rachunek sumienia kogo to w najbliższym otoczeniu mogłabym obdarzyć bezinteresowną miłością.

W drodze logicznej eliminacji został mi jedynie Szefu i to tylko między 8 rano a 8 wieczorem. W pozostałych godzinach toczymy z synem interesujący pojedynek charakterów, polegający na tym, że on wyje w swoim okopie, czyli za szczebelkami łóżeczka a ja z poduszką na głowie udaję, że go nie słyszę i liczę do 60. Po tym czasie wstaję układam go, otulam, daję pić, czekam aż znieruchomieje. Następnie bezszelestnie wsuwam się do łóżka a po kolejnych 10 sekundach Szefu już stoi przy szczebelkach i drze japę. Nakrywam się poduszką i liczę do 60. Ta nowatorska metoda pozwala mi się skupić na konkretnych czynnościach (liczenie, układanie kołdry itp.) zamiast na planowaniu morderstwa.

Ostatecznie w godzinach nocnych mogłabym jeszcze kochać Jedynkę, bo wyjątkowo ostatnio śpi, a jak śpi to ma zamkniętą buzię i generalnie jest ok. Jednak Jedynka ostatnio kaszle przeraźliwie, zmuszając mnie do kursowania z syropami, więc w sumie nie. W nocy nie kocham nikogo.

No a wiadomo skoro nikogo nie kocham, to nikt nie kocha mnie. Dobra energia nie wychodzi więc i nie wraca. Dlatego mam nadzieję, że Maryśka Czubaszek nie będzie egoistką i zostawi namiary na jakiegoś miłosiernego doktora od eutanazji.

wtorek, 06 listopada 2012

Korci mnie, żeby napisać tu, na fejsie, na twitterze a nawet na forum gazety jak bardzo mi się nie chce dziś żyć. Ale na szczęście pozostały mi resztki instynktu zawodowego, który wspólnie z chlubnym przykładem Tomka Terlikowskiego przypomina mi, że każda głupota w necie żyje wiecznie.

Więc nie napiszę jak bardzo nienawidzę mojego męża, mojej teściowej, pogody w Polsce oraz profilu Bebilon 2 pt. "Mama wraca do pracy". To że wciąż mam go zalajkowanego to jakaś forma paskudnego masochizmu. Jeśli sie jutro nie spóźnię do pracy to znajdę rano czas i wreszcie wyleję z siebie wszystkie odpowiedzi na te pierdolone infantylne pytania w stylu "mamusie, jak wasze dzidziusie?" "Mamusie, długo dziś siedzicie w pracy, a kto pilnuje Waszych maluszków?"

Ku..wa - teściowa.

I niech to będzie puenta.

15:03, korporacyjnazona
Link Komentarze (6) »
środa, 24 października 2012

Tak tu sobie marudziłam ostatnio unikając w rzeczywistości zasadniczego wątku tej telenoweli a mianowicie - azaliż rzuci go ona czy też nie.

Trochę mnie już paluszki nawet świerzbiały, żeby opisać cudowną przemianę Bestii w poczciwego Szewczyka Dratewkę ale się jakoś ociągałam.

I słusznie.

Korporacyjny mąż istotnie przez kilka tygodni bił rekordy zaanagażowania w życie rodzinne. Kupował bułki i odbierał dziecko większe z rozlicznych zajęć, kąpał dziecko mniejsze, kupił nawet klej do podłóg (nie ten co trzeba ale zaprawdę powiadam Wam starał się). Korporacyjna zaś orała, siala, wstawała w nocy, sprzątała, mordowała sąsiadów (no dobra trochę wirtualnie, ale ze szczerymi intencjami), gotowała, prała i wychowywała dzieci w zgodzie z prastarą polską tradycją czyli kijem i marchewką z przewagą kija.

Zanim jednak zdążyłam ułożyć stosowne hymy pochwalne pieprznęło mnie w żołądek.

A było to tak.

Korporacyjny wybył pod koniec tygodnia. Do lasu wybył, typowo, czyli niejako służbowo ale w okoliczności mocno nieoficjalne i nacechowane procentowo.

Powrót zapowiedział w połowie weekendu i słowa dotrzymał. W mile sobotnie popołudnie snulismy ambitne plany remontowe na niedzielę.

No ale jak powiedziałam nieoczekiwanie pieprznęło mnie w żołądek. Jakoś nad ranem w niedzielę. Bolało i to tak na serio bo z łóżka nie wstałam. Ani na śniadanie, ani po śniadaniu, ani na drugie śniadanie ani na obiad. Koporacyjny przyniósł raz herbaty, zajrzał raz i drugi ale z coraz bardziej zaciętym wyrazem twarzy. Zwlokłam zwłoki i probuję się do wiedzieć o co chodzi. Dzieci dość grzeczne, jedno śpi, drugie ogląda, żarcie piętrzy się w lodówce, no nieużyteczna byłam chwilowo, ale zdarza się, nie?

Otóż nie. Korporacyjny przybył do domu wiedziony odruchem serca a ja mu to serce perdifnie złamałam. Obarczyłam gówniarzami, zamknęłam w chałupie, żeby sobie gnić w pościeli a jemu w tym czasie przeszedł koło nosa zakrapiany spływ rospudą czy inną hańczą i dlaczego właściwie zawsze jestem chora jak on wraca do domu?

Cholernie dobre pytanie. Dlaczego nie choruję kiedy jestem sama z dziećmi, zakupami, garami, potencjalnymi nabywcami nieruchomości, remontem za ścianą, cieknącym piecem?

Doprawdy nie wiem. Shame on me.

Z trudem pokonałam gul w gardle i cisnące się hamletowskie odezwy do sumienia w rodzaju "Czy ty mnie w ogóle kochasz?" Nie strzymałam tylko sarkastycznego pytania po co się ze mną żenił i dlaczego nie zaznaczył w przysiędze, że "tylko na dobre i pod warunkiem nieskazitelnego funkcjonowania sprzętu, pod groźbą rozwiązania umowy". Potem zwalczyłam odruch wymiotny, zeżarłam nurofen forte, zapiłam miętą i zajęłam się dziećmi. Korporacyjny wybył na basen upuścić frustracji.

Od wczoraj zdradza coś jakby objawy wyrzutów sumienia.

Drugi raz się nie dam nabrać.

Motto mojego męża to "Umiesz liczyć, licz na siebie" i "Tylko silni przetrwają".

Przetrwam albo zginę.

Chociaż czasami wyobrażam sobie jak Ania z Zielonego Wzgórza, że umarłam i wszyscy na moim grobie doznają zbiorowego ataku wyrzutów sumienia za to, jak mnie źle traktowali. Rozsądek podpowiada mi jednak, że małżonek by mnie skremował i schował na półce w piwnicy, żeby zaoszczędzić na miejscu i pomniku, a reszta byłaby zbyt zajęta sobą, żeby się tym przejmować.

środa, 17 października 2012

Stwierdzam u siebie brak mózgu.

Nie jestem w stanie pracować. Nie jestem w stanie planować. Nie jestem w stanie myśleć.

Podejrzewam, że może to mieć coś wspólnego z brakiem snu.

Wszelkie próby spacyfikowania naszego młodszego dziecka nocą spełzły na niczym.

Nie mogę się nawet pocieszyć, że to za jakiś czas minie.

Jedynce nie minęło. 9 lat swojego życia zatruwała nam życie nocami, łażąc i próbując nas zmusić do współspania. Nie ukrywam, że czasami było blisko rękoczynów. Od kilku dni śpi, ale nie łudzę się, że to potrwa dłużej, najdalej pojutrze przyjdzie o 3-ciej i stanie mi w nogach łóżka jak wyrzut sumienia.

Szefu tez się rozkręca, dźwięk uruchamia już co godzinę a raz w nocy wstaje i za szczebelków łóżeczka przygląda nam się wnikliwie. Nawet jeśli wstanę, nawet jeśli nakarmię, nawet jeśli wezmę go i przytulę pod swoją kołdrą to i tak godzinę mam z głowy. Dziś od 5.00 do 6.00.

Losy Jedynki nie dają nadziei, czeka mnie kolejne 9 lat wstawania... Czasem miewam głupie myśli, o tym, gdzie i jak mogłabym się wyspać.

Bywa tu trochę osób, czy komuś udało się nauczyć dziecko spać w nocy? Litości, pomóżcie coś wymyślić...

wtorek, 09 października 2012

Poniedziałek, wróciłam z fitnessu, siedzę ze starszym dzieckiem na łózku i na bieżąco tłumaczę szkolną lekturę na polski (Grabowski, Puc, Bursztyn i goście - urocze ale język archaiczny).

Wchodzi korporacyjny.

- Umyłem dzieci.

- Uhmm.

- Powiesiłem pranie.

- Dzięki.

- Jestem za mało macho.

Gleba.

PS. Niestety wyszedł na spacer zanim zdążyłam zaproponować, żeby w ramach podnoszenia poziomu testosteronu zawlókł mnie za włosy pod prysznic.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
Darmowy licznik odwiedzin
licznik odwiedzin