środa, 18 listopada 2015

No więc, chyba popiszę tu jeszcze.

Po pierwsze - jestem znów żona korporacyjną. Tak, tak. Po roku korporacyjny znów dostał pracę, przełknął dumę, zaakceptował niższą stawkę i powrócił do szczęśliwej korporacyjnej społeczności. Z dala od Mordoru tym razem.

Po drugie - jestem szkieletem, poruszanym mieszanką antydepresantów, kawy, białych cienkich papierosów i wafli ryżowych. Niedługo skończę 38 lat. Mam potrzebę wyartykułowania przemyśleń kobiety u progu menopauzy, wieku średniego i wymiany na nowszy model. 

Po trzecie - jestem matką pięknej nastolatki. To doświadczenie tak ekstremalne, że jestem ciekawa, czy znajdzie się ktoś mający podobne przejścia. 

Po czwarte muszę wyrzucić z siebie trochę emocji. Zanim wybuchnę lub ogarnie mnie autodestrukcja. 

To dziwne, ale na tej krawędzi czuję się bardziej żywa, niż przez ostatnich dziesięć lat.

Witajcie

 

 

12:55, korporacyjnazona
Link Komentarze (5) »
czwartek, 14 maja 2015

Co do zasady, odwołując się do mojego ulubionego zawodowego przerywnika, zatem co do zasady nie jestem już żoną korporacyjną. 

Mój mąż od 9 miesięcy jest bezrobotnym, byłym pracownikiem korporacji. Został przeżuty i wypluty i to co zostało nie bardzo nadaje się do czegokolwiek. 

Wczoraj uświadomiłam sobie, że ma depresję. 

On też zaczyna to podejrzewać. 

Nic z tym nie zrobi zapewne. 

Mężczyźni nie przyznają się do depresji. Nie cierpią, nie rozpaczają, nie wołają o pomoc. 

Po prostu siedzą przed komputerem, dzień po dniu, tydzień po tygodniu. Godzinami dopieszczają cv, listy motywacyjne, listy przewodnie do listów motywacyjnych. Oglądają na facebooku znajomych z poprzedniego życia. 

Nauczyłam się dzwonić do domu przed powrotem z pracy. Żeby go obudzić. Przypomnieć o dziecku w przedszkolu, jedzeniu, uświadomić, że dzień prawie minął.

A kiedy wracam zaciskam zęby i myję zlew pełen garów, odkurzam, gotuję obiad. Czasem wrzeszczę i trzaskam drzwiami. Czasem płaczę. 

Boję się, że zachoruję. Boję się, że umrę. Boję się, że też stracę pracę. Boję się o dzieci. 

Też mam depresję. 

#zyciepokorporacji

środa, 28 maja 2014

Qiuz prawdę Ci powie:

http://www.edziecko.pl/rodzice/1,79357,8217210,Sprawdz__swoj_poziom_stresu.html#quiz

Zabawne, ale tendencyjne (czytaj durne) pytania pozwoliły mi uświadomić sobie jak niewiele poważnych problemów mnie dotyka poza jednym - nie jestem szczęśliwa. 

Ale kto by się takimi pierdołami przejmował, nie?

#firstworldproblems

poniedziałek, 26 maja 2014

JKM w europarlamencie.

Korporacyjnego wywalają z korporacji. Tak jak przywidywałam jest przeżuty i wypluty. 

Radykalny program oszczędnościowy pozostawił na koncie do pierwszego 200 zł. Kupa forsy :-/ szczególnie dla korporacyjnej przyzwyczajonej tyle nosić przy sobie na bułki i waciki.

I jak pomyślę, że tu w tym biurze będę dogorywać całe lato, bez mrugnięcia i jęknięcia jako jedyny żywiciel rodziny to...

Rzygam. 

Patrzę na zegarek w rogu ekranu. Jeszcze 6 godzin. 7,5 zanim wrócę do domu. 

Nie wolno narzekać, nie wolno marudzić. Masz etat, źródło utrzymania, nawet nikt cie nie mobbinguje, możesz nawet fejsa odpalić i luz. 

Tylko dlaczego co jakiś czas wpadam sobie do kibla, bo mi łzy lecą? Po ciemku, bo eko-biuro wyłącza mi światło po 30 sekundach?

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Cześć, 

Tak po prostu.

Czy wiecie, że u Korporacyjnej w biurze nie można usiąść na kiblu, gdyż zamontowany dla oszczędności (w ramach programu csr) czujnik wyłącza światło? I możesz sobie posiedzieć po ciemku.

Następny pewnie będzie dozownik srajtaśmy.

Welcome to the real world Neo.

wtorek, 09 lipca 2013

Nie liczę już na wiele. Pożegnałam się z dziecinnymi marzeniami, nie żądam prezentów, kwiatów, przestałam artykułować pragnienia w rodzaju "rysy na szkle". Zadowalam się pomocą w opanowaniu codziennego chaosu, cieszę się gdy usłyszę dobre słowo.

Mimo to z choleryka cholera zawsze musi wyjść.

Nie mam sił. Skończyły mi się legalne koła ratunkowe a ze względu na dzieci niczym tego żalu nie przytępię.

Bo jest mi żal. Po prostu żal.

Dlaczego? Co zrobiłam nie tak?

Tagi: problem
12:16, korporacyjnazona , problemy małżeńskie
Link Komentarze (5) »
wtorek, 18 czerwca 2013

Napisały sobie dwie 30-latki http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,114757,14104781,Gdzie_ci_mezczyzni_.html listę oczekiwań godną Roszpunki. Chociaż nie. Roszpunce było wszystko jedno, kto się nawinie byleby nie był za ciężki, bo by jej włosy powyrywał.

Wciąż słyszę dookoła siebie - chciałyście równouprawnienia to macie. Chciałyście praw, to macie. Same sobie zarabiajcie, same sobie wychowujcie, same sobie kupujcie. Same sobie przesuńcie biurko w nowym ofisie jak wam nie pasuje.

Może jestem trochę starsza niż autorki tego artykułu. Może wychowanie w typowo peerelowskim domu, z matką na dwóch etatach i wiecznie nieobecnym ojcem odcisnęło swoje piętno. Ale widzę dziewczyny dookoła zachowujące się jak rozkapryszone królewny. Dajcie nam tą samą płacę, urlop macierzyński, prawo do wcześniejszego wychodzenia, do awansu. A w związku chcemy chodzić gdzie chcemy i z kim chcemy, a facet niech czeka na nas i broń boże, żeby się w tym samym czasie łajdaczył z kolegami bo barach.

Wciąż na pierwszym miejscu chcemy bezpieczeństwa. Wyłączności. Oddania.

A co dajemy w zamian?

Gotujemy? Prasujemy? Nie, bo to feudalizm. Wstajemy do dziecka? Raz ty raz ja, po równo, zobacz jak to ciężko.

Wtłoczone w rygory kapitalizmu, wracamy do pracy po pół roku. Bo pieniądze, bo ludzie, bo uschnę w domu.

A może człowiek, z którym żyjemy, wracający po weekendzie spędzonym w pracy chciałby coś zjeść w domu? Może chciałby poleżeć w wannie, bez gówniarzy wrzucających mu klocki do wody i polewających konewką po gazecie, którą próbuje czytać? Może psychologiczna wojna podjazdowa, którą musi codziennie toczyć w korporacji, nie zostawia mu sił na gierki typu "foch o przyczynie idiopatycznej"?

Poczucie bezpieczeństwa ma swoją cenę.

Ja musiałam spacyfikować dużą część swojego ego.

Zrobiłam to, bo uznałam, że są rzeczy ważniejsze, niż pielęgnowanie własnej ważności.

Uznałam, że nie chcę zostać sama, z gorzkim poczuciem, że dowiodłam jak bardzo jestem samodzielna i samowystarczalna.

Uznałam, że z wielu rzeczy można zrezygnować dla dzieci.

Z części siebie też.

11:45, korporacyjnazona
Link Komentarze (7) »
piątek, 10 maja 2013

Szantaż na dziecko!?

[pusty śmiech]

http://natemat.pl/60657,szantaz-na-dziecko

Serdecznie zapraszam pana profesora Mikołejkę, aby sobie pooglądał nasze życie przez tydzień.

Zaczął się sezon więc mój mąż wyjechał służbowo na plażę w Turcji (i nie sprzedaje tam fałszywych roleksów). Zostawił mi dwoje dzieci, pół etatu, zapas mleka i pieluch oraz kluczyki do auta. Oraz oczywiście samodzielność i swobodę. Mogę a) oglądać co chcę, b) robić co chcę i c) pić co chcę pod warunkiem, że jest to a) praca domowa Jedynki lub kaczuszki na mini mini, b) sprzątanie, gotowanie, zakupy, usypianie, zabawianie, dostarczanie i odbieranie, praca i c) kawa.

A dzieci mam nawet dwoje więc możliwości szantażu są gigantyczne.

Mogłabym zaszantażować rząd, żeby mi zafundował gosposię, bo nie mogę się efektywnie bawić z dziećmi i stosować nowoczesnych technik np. nauki jedzenia gdyż przewracają mi się flaki, gdy Szefu rzuca pomidorem. Bo ja tego pomidora sama potem muszę sprzątnąć.

Mogłabym zaszantażować rynek pracy, żeby mi zaoferował co najmniej stanowisko prezesa z asystentką i kierowcą, żebym miała więcej pieniędzy i czasu dla dzieci oraz wyższe składki na emeryturę (a najchętniej jakieś opcje na akcje), bo przy obecnych perspektywach emerytalnych zdechnę z głodu po 2 miesiącach szczęśliwego 3-ego wieku.

Mogę zaszantażować panie w sklepie, żeby mnie obsłużyły poza kolejnością, bo Szefu ma dynamit w tyłku i siedzenie w wózku, gdy czekamy w kolejce wkurza go do czerwoności (mogę go tez puścić wolno of course - wtedy będę szantażować sklep, że go zabiorę jak mi zapłacą okup a jak nie to niech wpuszczają SWAT).

W autobusie mogłabym wszystkich zaszantażować, żeby mi ustąpili miejsca, wyjmując Szefowi smoczek z jadaczki - jest szansa, że autobus opustoszałby na najbliższym przystanku, normalnie nie rozumiem dlaczego ja na to nie wpadłam do tej pory!

Mogę tez zaszantażować uczelnie wyższe, że wpuszczę w ich system Jedynkę - byłaby najbardziej leniwym studentem ever i doprowadziłaby do zgonu ciało dydaktyczne (lub zrobiła oszałamiająca karierę naukową z swoimi predyspozycjami do leserstwa i lawirowania).

A pod oknem profesora nie bywam. Na placu zabaw tez nie bywam. Puszczam swoje potomstwo do miniaturowego ogródka, na który ciężko zapracowałam w stresie i wyrzeczeniu. Zwykle nie mam siły nigdzie się szlajać po powrocie z pół etatu na kolejne półtora w chałupie.

A z kolei a propos matek z któregokolwiek kwartału, to ja np. nie wykorzystałam całego macierzyńskiego tylko wróciłam za biurko, żeby utrzymać się na rynku pracy.

Profesorowi Mikołejce proponuję terapię własnego traumatycznego dzieciństwa w zaciszu gabinetu profesjonalisty.

A wszystkie skutecznie szantażujące matki serdecznie pozdrawiam.

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Środa jest dla mnie trochę zbyt radykalna, ale w tej debacie jej pragmatyzm wygrywa z idealizmem Ireny Wóycickiej:

http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,114757,13762997,Matka_czy_Polka__Debata_nad_urlopami_macierzynskimi.html?as=1

Mój osobisty smutny wniosek jest taki - gdybyśmy wiedzieli, co nas czeka, to pewnie byśmy się nie zdecydowali mieć dzieci. Korporacyjny powiedział to na głos. Ja ledwo odważam się to pomyśleć. Bo od matki, która żałuje, że ma dzieci to już tylko krok do dzieciobójczyni z Hipolitowa.

A prawda jest taka, że my nasze dzieci ogromnie kochamy. Całe nasze życie kręci się tylko i wyłącznie wokół opieki nad nimi i zapewniania im dobrobytu. Bywa jednak, że wyrwie się człowiekowi myśl - boziu, jak bym posiedział do 1.00 w dobrym filmem - albo - chciałabym cały dzień połazić po sklepach, posiedzieć pijąc kawę z pianką i poczytać książkę.

No way. TV stoi w pokoju, który z powodu warunków lokalowych podzieliliśmy na część dzienną i dziecinną. Po 20.00 turn off i możesz najwyżej poczytać w kuchni newsweeka. Jak już posprzątasz gary, zrobisz butelkę na noc i obiad na jutro, itp. Po pracy galopem do domu, odebrać dzieciarnię babci, której już para idzie z uszu.

Prawda jest taka, że przegraliśmy. Niezłe zarobki inwestujemy w dzieci i niezbędną im infrastrukturę (w tym nieruchomości zapewniające godną przestrzeń życiową). Czas dla siebie nie istnieje, rozparcelowany co do sekundy między pogoń za mamoną a utrzymywanie dzieci przy życiu, w czystości, sytości i względnie dobrym samopoczuciu (jestem częstym gościem toalety w pracy - mam tam przestrzeń tylko dla siebie, maluję się, czeszę a czasem nawet maluję paznokcie. Niestety czas nie jest z gumy i chwile przepieprzone na kontemplowanie rzęs też trzeba odpracować, podobnie jak pisanie bloga).

A teraz zbliża się jeszcze odwieczny problem wakacji. Uwielbiałam wakacje jako dziecko. Jako matka - szczerze nienawidzę i przeklinam tradycję, która nakazuje wypuszczać nieletnią tłuszczę na całe 2 miesiące, wrabiając pracujących rodziców w zapewnianie całodobowej opieki.

Czy DINKSy (Double Income No Kids) są szczęśliwsze? Nie wiem. Jesteście?

piątek, 22 lutego 2013

Pewnie jest tak, że każdy blog z czasem umiera. Życie pędzi, na zakrętach czasami brakuje aż tchu. Prawie codziennie tworzę nowy wpis w głowie, a potem go zapominam. Nie starcza mi woli, by go zapisać, kiedy już posprzątam, zrobię kolację, umyję, skrzyczę, ubiorę w piżamę, uśpię najpierw misia, potem małe, potem duże (po obowiązkowej porcji wzajemnych pretensji o wszystko), zrobię butelki, zaniosę baterię 5 butelek do sypialni (dwie z wodą, dwie z proszkiem, jedna z piciem), wyjmę i powieszę pranie, umyję się, położę, wstanę bo płacze, przyniosę szklankę wody, spacyfikuję kota, położę się a potem nagle znów jest rano.

Nie wiem, czy chcę innego życia. Bywa, że wolałabym być gdzie indziej, czasem jakaś wymiana zdań, ważne spotkanie, jakiś mały sukces w pracy wybijają mnie z rytmu i każą zapragnąć kolacji na mieście, kina, teatru, lunchu w modnej knajpie na Żurawiej, wystawy, wyjścia na event z gatunku tych, na których korporacyjny nawiązuje "niezbędne dla naszej przyszłości kontakty". Przechodzi mi najdalej po 2 dniach. Truzimem byłoby stwierdzenie, że dzieci są małe tu i teraz, że więcej szans nie będzie. Być może prawda jest brzydsza niż idealny obrazek rodem z Facebooka - tchórzostwo trzyma mnie przy garach, nie muszę się wysilać, nie odnoszę sukcesu więc oszczędzone mi są porażki.

Powinnam posprzątać szafę, usunąć z tony szmat te, których nie zakładałam od co najmniej roku (zasada perfekcyjnej pani domu). Zamiast tego wyrównuję sukienki (koporacyjny znów wszystko zbił w kupę wyciągając krawaty na event - dlaczego jego krawaty wiszą w mojej szafie?). Moje sukienki żyją życiem, które ja omijam. Same perełki, z wyprzedaży, lumpeksów, okazji na allegro, zbierane i kolekcjonowane od dawna. Pierwsza kiecka z Zary, kupiona jeszcze za unijną pensję - biznesowa. Pąsowa Vissavi - zabójcza linia, długośc za kolano, byłaby skromna gdyby nie ten kolor - na wieczór u znajomych. Śliczna, dziewczęca, morska Tatuum, w etniczne wzory - idealna na spotkanie z koleżankami. Massimo Dutti - czarna bawełniana koronka, z atłasową lamówką, szyk na letni wieczór w Paryżu. Głęboko chabrowa Zara Woman, taka sama jaką ma Małgośka R. - świetna i do pracy i na kolację. Za luźna w biuście, muszę dać do zwężenia - kiedyś. Czarna bombka Cotton Club - polska firma - sukienki wychodzą im naprawdę nieźle - wybitnie na wieczorne wyjście. Mała czarna Mango z koronkową górą - na wieczorną imprezę. I też mango biało-czarna, z ostatniego sezonu, cudem upolowałam ostatnią S-kę za 1/3 ceny. Przyleciała z Barcelony, w emocjach śledziłam jej drogę kanałem logistycznym DHL. Jak to możliwe, że w godzinę z Lipska znalazła się w Warszawie? Jestem w niej zakochana, może pojdę w niej na spotkanie w przyszłym tygodniu?

A może nie. Może znowu wbiję się w czarne dżinsy i tą samą co zawsze czarną marynarkę. Najszybciej się je zakłada, kiedy rano odzyskuję przytomność a wskazówka budzika znowu jest za daleko...

21:18, korporacyjnazona
Link Komentarze (6) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
Darmowy licznik odwiedzin
licznik odwiedzin