środa, 24 października 2012

Tak tu sobie marudziłam ostatnio unikając w rzeczywistości zasadniczego wątku tej telenoweli a mianowicie - azaliż rzuci go ona czy też nie.

Trochę mnie już paluszki nawet świerzbiały, żeby opisać cudowną przemianę Bestii w poczciwego Szewczyka Dratewkę ale się jakoś ociągałam.

I słusznie.

Korporacyjny mąż istotnie przez kilka tygodni bił rekordy zaanagażowania w życie rodzinne. Kupował bułki i odbierał dziecko większe z rozlicznych zajęć, kąpał dziecko mniejsze, kupił nawet klej do podłóg (nie ten co trzeba ale zaprawdę powiadam Wam starał się). Korporacyjna zaś orała, siala, wstawała w nocy, sprzątała, mordowała sąsiadów (no dobra trochę wirtualnie, ale ze szczerymi intencjami), gotowała, prała i wychowywała dzieci w zgodzie z prastarą polską tradycją czyli kijem i marchewką z przewagą kija.

Zanim jednak zdążyłam ułożyć stosowne hymy pochwalne pieprznęło mnie w żołądek.

A było to tak.

Korporacyjny wybył pod koniec tygodnia. Do lasu wybył, typowo, czyli niejako służbowo ale w okoliczności mocno nieoficjalne i nacechowane procentowo.

Powrót zapowiedział w połowie weekendu i słowa dotrzymał. W mile sobotnie popołudnie snulismy ambitne plany remontowe na niedzielę.

No ale jak powiedziałam nieoczekiwanie pieprznęło mnie w żołądek. Jakoś nad ranem w niedzielę. Bolało i to tak na serio bo z łóżka nie wstałam. Ani na śniadanie, ani po śniadaniu, ani na drugie śniadanie ani na obiad. Koporacyjny przyniósł raz herbaty, zajrzał raz i drugi ale z coraz bardziej zaciętym wyrazem twarzy. Zwlokłam zwłoki i probuję się do wiedzieć o co chodzi. Dzieci dość grzeczne, jedno śpi, drugie ogląda, żarcie piętrzy się w lodówce, no nieużyteczna byłam chwilowo, ale zdarza się, nie?

Otóż nie. Korporacyjny przybył do domu wiedziony odruchem serca a ja mu to serce perdifnie złamałam. Obarczyłam gówniarzami, zamknęłam w chałupie, żeby sobie gnić w pościeli a jemu w tym czasie przeszedł koło nosa zakrapiany spływ rospudą czy inną hańczą i dlaczego właściwie zawsze jestem chora jak on wraca do domu?

Cholernie dobre pytanie. Dlaczego nie choruję kiedy jestem sama z dziećmi, zakupami, garami, potencjalnymi nabywcami nieruchomości, remontem za ścianą, cieknącym piecem?

Doprawdy nie wiem. Shame on me.

Z trudem pokonałam gul w gardle i cisnące się hamletowskie odezwy do sumienia w rodzaju "Czy ty mnie w ogóle kochasz?" Nie strzymałam tylko sarkastycznego pytania po co się ze mną żenił i dlaczego nie zaznaczył w przysiędze, że "tylko na dobre i pod warunkiem nieskazitelnego funkcjonowania sprzętu, pod groźbą rozwiązania umowy". Potem zwalczyłam odruch wymiotny, zeżarłam nurofen forte, zapiłam miętą i zajęłam się dziećmi. Korporacyjny wybył na basen upuścić frustracji.

Od wczoraj zdradza coś jakby objawy wyrzutów sumienia.

Drugi raz się nie dam nabrać.

Motto mojego męża to "Umiesz liczyć, licz na siebie" i "Tylko silni przetrwają".

Przetrwam albo zginę.

Chociaż czasami wyobrażam sobie jak Ania z Zielonego Wzgórza, że umarłam i wszyscy na moim grobie doznają zbiorowego ataku wyrzutów sumienia za to, jak mnie źle traktowali. Rozsądek podpowiada mi jednak, że małżonek by mnie skremował i schował na półce w piwnicy, żeby zaoszczędzić na miejscu i pomniku, a reszta byłaby zbyt zajęta sobą, żeby się tym przejmować.

środa, 17 października 2012

Stwierdzam u siebie brak mózgu.

Nie jestem w stanie pracować. Nie jestem w stanie planować. Nie jestem w stanie myśleć.

Podejrzewam, że może to mieć coś wspólnego z brakiem snu.

Wszelkie próby spacyfikowania naszego młodszego dziecka nocą spełzły na niczym.

Nie mogę się nawet pocieszyć, że to za jakiś czas minie.

Jedynce nie minęło. 9 lat swojego życia zatruwała nam życie nocami, łażąc i próbując nas zmusić do współspania. Nie ukrywam, że czasami było blisko rękoczynów. Od kilku dni śpi, ale nie łudzę się, że to potrwa dłużej, najdalej pojutrze przyjdzie o 3-ciej i stanie mi w nogach łóżka jak wyrzut sumienia.

Szefu tez się rozkręca, dźwięk uruchamia już co godzinę a raz w nocy wstaje i za szczebelków łóżeczka przygląda nam się wnikliwie. Nawet jeśli wstanę, nawet jeśli nakarmię, nawet jeśli wezmę go i przytulę pod swoją kołdrą to i tak godzinę mam z głowy. Dziś od 5.00 do 6.00.

Losy Jedynki nie dają nadziei, czeka mnie kolejne 9 lat wstawania... Czasem miewam głupie myśli, o tym, gdzie i jak mogłabym się wyspać.

Bywa tu trochę osób, czy komuś udało się nauczyć dziecko spać w nocy? Litości, pomóżcie coś wymyślić...

wtorek, 09 października 2012

Poniedziałek, wróciłam z fitnessu, siedzę ze starszym dzieckiem na łózku i na bieżąco tłumaczę szkolną lekturę na polski (Grabowski, Puc, Bursztyn i goście - urocze ale język archaiczny).

Wchodzi korporacyjny.

- Umyłem dzieci.

- Uhmm.

- Powiesiłem pranie.

- Dzięki.

- Jestem za mało macho.

Gleba.

PS. Niestety wyszedł na spacer zanim zdążyłam zaproponować, żeby w ramach podnoszenia poziomu testosteronu zawlókł mnie za włosy pod prysznic.

Darmowy licznik odwiedzin
licznik odwiedzin