środa, 29 sierpnia 2012

Gdybym miala broń to bym dziś kogoś zastrzeliła.

Sąsiada, który tłumaczy coś żonie w ogródku obok (za przemądrzały ton i za to, że go w ogóle słychać)

Psa z drugiej strony ulicy (za szczekanie)

Psa z końca ulicy (za odpowiadanie szczekaniem na szczekanie)

Własnego kota (za miauczenie).

Syna sąsiadki (za zaległe wkurwy spowodowane uruchamianiem hondy bez tlumika o 21.30 tuż przed moją bramą)

Najprawdopodbniej jednak załatwiłabym sama siebie, bo kobiety tak mają, że agresję kierują do wewnątrz, przeciwko samym sobie.

Dlatego żadna kablowa telewizja nie posikała się jeszcze ze szczęścia mogąc walnąć tytuł "Niewyspana matka sieje śmierć na ulicach".

Nie pamiętam już kiedy przespałam ostatnio jednym ciągiem ze 2 godziny. Dziecko mi się popsuło i nie umiem naprawić. Rano musze wstać, zamaskować spustoszenia na twarzy i pójść do pracy. a i tak miłe koleżanki często z troską w glosie pytają "Stało się coś?".

Nic się nie stało. To tylko niewspanie. Połączone ze zmęczeniem i niedojadaniem. Tym co tak zazdroszczą mi szybkiego schudnięcia, szczerze polecam - spróbujcie. 3 godziny snu na dobę, 2 posiłki, czasem tylko jeden prawdziwy a reszta to lapanie w przelocie kęsów chleba lub wykanczanie kaszki, ktora została po karmieniu szefa. 10 kg w dół w 4 miesiące.

Tylko z dnia na dzień narastają we mnie mordercze instynkty. I niechęc do siebie, do pracy (a tak ja przecież lubiłam), do starszego dziecka i w końcu nawet do tego małego, które nie wie czemu z gardła wyrywa mi się warkot, kiedy radośnie uwieszony mojej nogi wyciera mi resztki jedzenia w nogawkę spodni.

Jedynka wyjechała na kolonie. Jutro wraca. Nie tęskniłam.

EDIT: I jeszcze świadków Jehowy bym zastrzeliła. Kto do diabła przychodzi ewangelizować o 10.00 rano?

piątek, 10 sierpnia 2012

Jest piątek wieczór a ja nastukałam się jakimś piwem znalezionym w lodówce.

W stylu Bridget Jones ujmę to tak:

- mężów obecnych - 0

- dzieci śpiących - 2

- kalorie - chuj go wie

- papierosy - spróbujcie znaleźć czas na fajkę mając w domu 2 dzieci w tym 9-miesięczne niemowlę, babcię i bratanka (z różnych względów nie zaliczam go do dzieci mimo wieku, lat 7 - ale to długa historia)

oddaję się prostej rozrywce szukając bliżej nieokreślonych okazji na allegro. Czy ktoś wie dlaczego większość populacji w PL nie wie jak się pisze ECRU?

 PS. a beżowy to teraz się nazywa NUDE. Jakbyście nie wiedzieli.

PS II. Czy wspomnialam już, że tydzień temu spieprzyłam się z łódki na pomost i mam niesprawną jedną rękę? Ale przecież moge wszystko - nurofen forte i do przodu. a poza tym piwo też znieczula. Chwilowo, ale dobre i to.

21:53, korporacyjnazona
Link Komentarze (3) »
wtorek, 07 sierpnia 2012

Wróciłam z "urlopu" już ponad tydzień temu.

Z "urlopu".

Szlajaliśmy się po rodzinie zamieszkałej na prowincji, w celu zmiany krajobrazu i składu powietrza na mniej zanieczyszczony. Remont finansowo zeżarł nas bardziej niż mogliśmy sobie wyobrazić. To nie poprawia atmosfery.

A atmosferę zabraliśmy ze sobą więc było jak było. Napięcie. Żal. I jeszcze raz napięcie.

Szefu ząbkował i co godzinę w nocy włączał alarm. Z rana nieprzytomni naciągaliśmy poduszki na głowę licząc, że to drugie będzie mniej odporne na donośne guganie i zwlecze się zabawiać potomka. Korporacyjny najczęściej wstawał, co byłoby godne podziwu gdyby nie podkreślał potem na każdym kroku, że odciąża mnie, bo zaraz wyjeżdża.

No właśnie.

Męski wyjazd.

Połowę naszego długo wyczekiwanego urlopu korporacyjny spędził z kumplami na Bałkanach.

Tak. Sama go do tego namawiałam kiedyś.

Tak. Zgodziłam się.

Tak. Wiedział, że zostanę sama z dziećmi bez żadnej pomocy.

Tak. Miał wyrzuty sumienia.

Ale i tak pojechał.

Wiem, że o tym marzył. Mam żal jednak, że powiedział mi o tym tak późno. Że postawił mnie w sytuacji bez wyjścia. Że nie pomógł mi zorganizować reszty urlopu. Co mi po jego wyrzutach sumienia?

Mogłam zostać w domu. To najbezpieczniejsza baza dla szybko przemieszczającego się na czterech łapach Szefa. Najwygodniejsza i dobrze zorganizowana. Dla mnie i małego. Dla Jedynki to klatka.

Nie chciałam patrzeć jak się obija o ściany przez tydzień i jak spada razem z narzutą z kanapy gapiąc się na durne produkcje disneya.

Pojechałam do mieszkania teściowej w Byłym Mieście Powiatowym. Zamieszkanego przez Leniwego Szwagra i niedomagającą już prababcię. Wiedziałam co mnie czeka ale i tak po 5 dniach byłam ledwo żywym wrakiem. Rano jedynkę do jeziora. Pekaesem. Zrobić zakupy. Uspać małego, ugotować obiad, spacyfikować Jedynkę, spacyfikować małego, pchającego palce do wszystkich kontaktów i żrącego kable i kwiatki. Posprzątać, żeby nie żarł też śmieci z podłogi. Zrobić kolację, umyć gary, przeżyć kolejny wkurw bo Leniwy Szwagier pieprznął swoje talerze do zlewu i wyszedł na piwo. Wykąpać, położyć jedno, poleżeć z drugim, wstać do pierwszego, zasnąć, obudzić się, bo Leniwy Szwagier wrócił właśnie z baletów.

Korporacyjny wrócił dość szybko. Przejechał sam jednym ciągiem całą Polskę, żeby było szybciej. Doceniam. Ale i tak w sobotę wieczorem po drugim tygodniu swojego "urlopu" byłam zdecydowana na rozwód.

A jednak go nie wyrzuciłam. Nie mogę patrzeć na małego Szefunia i pogodzić się z faktem, że dla niego nie będzie już rodziny tylko tu mama i gdzieś tam tata.

Więc tak sobie żyjemy. Na krawędzi. Jednego dnia próbujemy wszystko posklejać. Drugiego tłuczemy w drobny mak.

Nie wiem co dalej. Korporacyjny znów wyjeżdża. Służbowo-nie służbowo. Coraz trudniej mi to znosić.

Utrzymywanie równowagi na ostrzu noża nie może trwać wiecznie. W końcu spadnę i się pokaleczę.

Darmowy licznik odwiedzin
licznik odwiedzin