poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Środa jest dla mnie trochę zbyt radykalna, ale w tej debacie jej pragmatyzm wygrywa z idealizmem Ireny Wóycickiej:

http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,114757,13762997,Matka_czy_Polka__Debata_nad_urlopami_macierzynskimi.html?as=1

Mój osobisty smutny wniosek jest taki - gdybyśmy wiedzieli, co nas czeka, to pewnie byśmy się nie zdecydowali mieć dzieci. Korporacyjny powiedział to na głos. Ja ledwo odważam się to pomyśleć. Bo od matki, która żałuje, że ma dzieci to już tylko krok do dzieciobójczyni z Hipolitowa.

A prawda jest taka, że my nasze dzieci ogromnie kochamy. Całe nasze życie kręci się tylko i wyłącznie wokół opieki nad nimi i zapewniania im dobrobytu. Bywa jednak, że wyrwie się człowiekowi myśl - boziu, jak bym posiedział do 1.00 w dobrym filmem - albo - chciałabym cały dzień połazić po sklepach, posiedzieć pijąc kawę z pianką i poczytać książkę.

No way. TV stoi w pokoju, który z powodu warunków lokalowych podzieliliśmy na część dzienną i dziecinną. Po 20.00 turn off i możesz najwyżej poczytać w kuchni newsweeka. Jak już posprzątasz gary, zrobisz butelkę na noc i obiad na jutro, itp. Po pracy galopem do domu, odebrać dzieciarnię babci, której już para idzie z uszu.

Prawda jest taka, że przegraliśmy. Niezłe zarobki inwestujemy w dzieci i niezbędną im infrastrukturę (w tym nieruchomości zapewniające godną przestrzeń życiową). Czas dla siebie nie istnieje, rozparcelowany co do sekundy między pogoń za mamoną a utrzymywanie dzieci przy życiu, w czystości, sytości i względnie dobrym samopoczuciu (jestem częstym gościem toalety w pracy - mam tam przestrzeń tylko dla siebie, maluję się, czeszę a czasem nawet maluję paznokcie. Niestety czas nie jest z gumy i chwile przepieprzone na kontemplowanie rzęs też trzeba odpracować, podobnie jak pisanie bloga).

A teraz zbliża się jeszcze odwieczny problem wakacji. Uwielbiałam wakacje jako dziecko. Jako matka - szczerze nienawidzę i przeklinam tradycję, która nakazuje wypuszczać nieletnią tłuszczę na całe 2 miesiące, wrabiając pracujących rodziców w zapewnianie całodobowej opieki.

Czy DINKSy (Double Income No Kids) są szczęśliwsze? Nie wiem. Jesteście?

Darmowy licznik odwiedzin
licznik odwiedzin