wtorek, 25 lipca 2017

....wyjaśnił KM przez zęby.

I wszystko wskoczyło na miejsce.

Jednak mimo wyjaśnienia nie poczułam się lepiej w tej zimnej klatce pogardy. Nie przestał mnie parzyć ogień krytyki. Nie przestały boleć oskarżenia i pretensje.

Dlaczego to jest takie trudne?

14:28, korporacyjnazona
Link Komentarze (3) »
środa, 19 lipca 2017

Nie mam nikogo. Zostałam sama i sama już zawsze będę. Gdybym mogła zniknąć w ogóle się nie urodzić to wolałabym to. Każde działanie, każde zdarzenie obraca się przeciwko mnie. Nie chcę już dłużej walczyć, nie chcę być upokarzana, nie chcę wiecznie zawodzić, dostawać w twarz i wstawać i iść dalej. Nie mam po co żyć. Wszystkich zawiodłam i byłoby lepiej gdyby mnie mnie było. Ale muszę dalej udawać. Jeśli się załamię, to nawet pamięć po mnie będzie nic nie warta. Nawet moje dzieci nie zachowają pp mnie ciepłego wspomnienia. Moje życiowe beznadziejne wybory mnie zniszczyły i już nie mam nic do uratowania poza twarzą. Dlatego będę musiała jeszcze udawać. Jak długo? Kiedy jest ten moment że można zostawić dzieci i liczyć że sobie poradzą? Zapomną? nie ma dobrej chwili. Będę wciąż żyć. Bo muszę. ale nie chcę. tu nic nie ma. mnie nie ma. już dawno umarłam.

19:36, korporacyjnazona
Link Komentarze (4) »
piątek, 19 maja 2017

Co ja dzisiaj widziałam! Cud prawdziwy! 

Stoję sobie przed biurowcem nerwowo paląc cieniasa a na przystanku naprzeciwko siedzi gruba baba. Taka okrągła i niewysoka, siedzi macha nogami, spod krótkiej sukienki wystają jej pulchne uda, no w końcu upał i wiosna wreszcie, a nawet lato. 

I je bułkę! 

Wpiernicza tą bułkę jak szalona po prostu siedząc sobie na przystanku i machając nogami.

A ja od wielu dni żyję chrupkami ryżowymi, wodą i stresem, bo - uwaga! weszłam na rozmiar 36 i pół, no i po prostu to nie wypada, nie w moim wieku, kiedy należy być suchym jak wieszak klonem perfekcyjnej pani domu, no jak nic, wszyscy zobaczą, że noszę większe spodnie i brzuch mi się zaokrąglił pod bluzką i zaraz mi się zrobi drugi podbródek i w ogóle potrzebna liposukcja, ale ja się boję operacji więc jem te chrupki albo wcale nic, powietrze jest takie pożywne, zwłaszcza wiosną, dużo pyłków i energii słonecznej i takich tam.

A ona sobie je bułkę. Nie widziałam z daleka ale na pewno białą, taką pełną węglowodanów i cukru i spulchniaczy, nieorganiczną na pewno.

Zzieleniałam z zazdrości.

PS. Bardzo lubię bułki. Jak widzieliście kiedyś na reklamie panią, która je wykwitną czekoladkę, tak dwoma palcami i mrużąc oczy z rozkoszy, bo wiecie luksus, jedwabisty smak i ta ekskluzywna czekolada i może jeszcze orzeszek w środku. To tak wyglądam ja kiedy znajdę na talerzu dziecka resztkę bułki z masłem (może być nawet upaprana keczupem) i ją pożeram malutkimi kąseczkami, żeby na dłużej starczyło.

#pathetic  

Tagi: dieta
11:13, korporacyjnazona , state of mind
Link Komentarze (1) »
wtorek, 31 stycznia 2017

"Zinstytucjonalizowane współżycie kobiety i mężczyzny to pułapka" - Ornella Muti

Ile znacie małżeństw, które przetrwały ponad 10 lat i wciąż się kochają? Ale tak naprawdę, chcą ze sobą przebywać, rozmawiać, dotykać się? Nie żyją zakopani w pieluchach, zakupach, obiadach, wywiadówkach, reformach edukacji?

Ja żadnego. Może żyję w kiepskim otoczeniu.

Był taki czas, gdy jako nastolatka marzyłam, żeby moi rodzice się rozwiedli. Żeby przestali na siebie wrzeszczeć. Dużo później zrozumiałam, że wrzeszczenie też jest wyrazem uczuć. Kiedy się wściekasz na kogoś, to znaczy, że nie jest ci obojętny. Chcesz go zabić gołymi rękami? Ok, miłość, nienawiść niektórzy twierdzą, że to podobna chemia. 

A my się z korporacyjnym coraz ciszej kłócimy. Coraz mniej.

Powody są. Tylko mi się już nie chce. Jestem zmęczona. 

Jestem zamrożona. 

Obiecuję sobie, że to już tylko do czasu gdy padną te słowa. Bo to właściwie oczywiste. Widać to na każdym kroku. Czuję to w gestach, w słowach. Ale jak na idiotkę przystało czekam na te słowa. Trzy. Cztery w zasadzie.

"Nie kocham Cię już"

Amen.

14:17, very_bad_mother
Link Komentarze (2) »
środa, 16 grudnia 2015

Jingle bells, jingle bells... podśpiewuje Szefunio. Na środku stołu mieszka mini choinka i codziennie w drodze z przedszkola wyjaśniam, że tak, będziemy mieć światełka, jak tylko znajdę w sobie dość hartu ducha, by w tym radosnym świątecznym czasie przekroczyć próg jakiegoś sklepu.

Szefu wtedy wylicza kolory światełek, które mam koniecznie zapewnić. Wychodzi, że choinka będzie bardziej kolorowa niż tęcza na placu Zbawiciela (taki folklor warszawski, dla informacji tych, co są z innych miejsc), która była (bo już ją chyba rozmontowali) symbolem wiadomo czego.

Jednym słowem - Święta. 

Czyli peace, love and joy.

I wigilie firmowe. Fałszywe uśmiechy i - OMFG! - dzielenie się opłatkiem z kolegami z pracy (czy Sejm mógłby tego zabronić ustawowo? teraz tak szybko i sprawnie machają kolejne ustawy).

Zakupy prezentów. Tłok i hałas w sklepach.

Obowiązkowe działania charytatywne polegające na wyczyszczeniu szafy ze zbędnej odzieży i przekazaniu jej na jakąś szlachetną paczkę czy inny caritas. Jakie to praktyczne, nie sądzicie? Za jednym razem - porządek i spokój sumienia. Co za ulga. Jeszcze tylko poużalamy się trochę, biedne dzieciaczki, po co oni ich tyle naprodukowali, jak nie mają mieszkania ani nawet ciepłej wody, no ale teraz będą miały nową barbie, dwie siatki używanych bluzeczek i 10 kg proszku do prania. A teraz ruszajmy, bo promocje w sklepach, trzeba czymś te opróżnione półki w szafie zapełnić, kupić szalik tatusiowi, bluzeczkę mamusi, apaszkę teściowej, kolejny zestaw lego, hot wheels, konika pony z Celestii i koniecznie Vadera, bo nowe Gwiezdne Wojny.

Tym razem nie mam na to siły.

Przez cały rok wpłacam pewne kwoty na różne cele. Z zasady związane ze skomplikowanym leczeniem zagranicą dzieci, którym nasze opiekuńcze państwo oferuje termin na ratująca życie operację serca za dwa lata lub nie oferuje nic, rozkładając ręce i ustami lekarza szepcząc na boku "ale w ośrodku w USA, to może mogliby...".

Nie ukrywam, że zaklinam w ten sposób los. Żeby moje były zdrowe całe i żywe. Im jestem starsza tym ich istnienie wydaje mi się bardziej kruche. Boję się o nie, a najbardziej boję się choroby i cierpienia. Wspierając różne akcje, chcąc nie chcąc czytam różne historie. To rodzaj tortur, może kary, którą wymierzam sama sobie, mówiąc przy tym – zobacz czym jest strach i rozpacz, jak możesz wpadać w histerię z powodu brudnej wanny? Jak możesz wściekać się, że dzieci pomalowały ściany? Mają ręce, to błogosławieństwo, że mogą ich używać. Tak do siebie gadam i czuję się coraz podlej.

Opowiem Wam jedną z tych historii.

Był sobie chłopiec. Urodził się w dzikim kraju. Na świat wydała go kobieta, która za noszenie go pod sercem wzięła pieniądze od bogatej, niepłodnej pary. Miał brata bliźniaka. Cud. Dwa szczęścia zamiast jednego. Ale szczęście trwa krótko. Chłopiec ma ciężką wadę genetyczną. Z jego ciała odpada skóra, tworząc wielkie otwarte rany. Brat jest zdrowy. Biologiczni rodzice zabierają zdrowe dziecko. Dzięki bogom było ich dwóch, bo inaczej cały wydatek byłby na nic. Zostawiają chłopca w szpitalu, jako śmiertelnie chorą sierotę, w kraju, gdzie uczciwa opieka zdrowotna jest tylko dla tych, co mogą zapłacić. 

Mimo wszystko znajdują się ludzie, których jego los porusza. Chcą pomóc. Wykorzystują internet, media społecznościowe, szukają chętnych do adopcji chłopca. Na całym świecie. 

I staje się cud. Z drugiego końca świata przyjeżdża rodzina, by zabrać chłopca. Uczą się bandażować, opatrywać, ufać, kochać i śmiać się…

Tu powinien być happy end. Ale go nie ma, bo jesteśmy na ziemi, trzeciej planecie od słońca, gdzie bóg, ewolucja i postęp naukowy urządzają piekielną ruletkę, w której każdy może przegrać.

Nowa rodzina szuka sposobów, by poprawić kondycję chłopca. Jego rany są coraz dotkliwsze. Ciało psuje się także od środka. Eksperymentalny program naukowy zgadza się włączyć go do grupy swoich pacjentów. Przez rok chłopiec przechodzi gehennę pozbawienia odporności, przeszczepu szpiku, choroby odrzutowej, operacji. Fizycznie cierpi ale jest przy nim rodzina, społeczność, personel, jest zanurzony w życzliwości i miłości. Czy to wystarczyło? By zrównoważyć cierpienie, ból i strach? Czy było warto?

Anton zmarł dziś nad ranem. Adopcyjna rodzina zrobiła wszystko, by odchodził w spokoju, bez bólu i strachu. I by przeżył jak najwięcej fantastycznych chwil.

A ja zastanawiam się, czy cokolwiek mogłam zrobić. Czy wystarczy, że wsparłam leczenie dziewczynki z Polski z tą sama chorobą? Czy ona zniesie to leczenie, któremu Anton nie podołał? Żałuję każdej złotówki, którą wydałam w tym miesiącu na bzdury. Żałuję, że wychowałam córkę, której kupuję trzy pary dżinsów, by zechciała z nich łaskawie wybrać jedną. Żałuję, że nie potrafię dać od siebie nic lepszego niż pieniądze. Czuję się podle i nie mam ochoty na święta w dzisiejszej, komercyjnej otoczce.

https://www.facebook.com/Help-Anton-142880872427136/timeline

wtorek, 08 grudnia 2015

Nastoletnie wybryki Jedynki wpędza mnie do grobu.

A jak już o grobach mówimy to koleżanki z Focha informują jak się zorientować, że drewniane pudełko tuż tuż:

http://foch.pl/foch/1,139970,19268700,10-oznak-damskiego-uwiadu.html#BoxLSLink

Musze sobie koniecznie przypominać, że to ode mnie zależy czy zestarzeję się jak DJ Wika

dj wika

Czy jak Hunter Tylo:

operacje plastyczne

czwartek, 26 listopada 2015

Parę dni temu mój korporacyjny małżonek próbował mnie wpuścić w maliny. Poczułam się rozczarowana. Rozgoryczona może trochę. Wkurzona jakoś mniej. 

Wrócił następnego dnia po naszej przerwanej rozmowie. Późno. Udawałam, że śpię. Potrzaskał drzwiami i poszedł spać. 

A kolejnego ranka... Myślicie, że zrobiłam awanturę, krzyczałam, płakałam, walnęłam talerzem o ścianę (nie, ściany mi nie żal, mam 4-letniego artystę, za parę lat zrobi się remont), zażądałam wyjaśnień?

Hmmm....

Nie.

Wstałam rano, zamknęłam cichutko drzwi od sypialni i poszłam z psem. Zapaliłam sobie papierosa, idąc cichą, pustą ścieżką wśród szeleszczących liści. Porozmyślałam. Kupiłam bułki. Zrobiłam śniadanie. Obudziłam rodzinę, nakarmiłam, wysłałam KM z Przepraszającą na zakupy.

Zrobiłam obiad. 

Wrócił, zjadł i zaczął się przytulać. 

- Dlaczego chciałeś mnie okłamać? - zapytałam spokojnie.

- Nie chciałem cię denerwować.

Nie wiem, czego chciał lub nie chciał. Nie wiem, czy mówił prawdę. Chyba nie chcę wiedzieć. Jestem zmęczona. 

Pozwoliłam się przytulić. Nie rozmawialiśmy o tym więcej. 

środa, 25 listopada 2015

Jedynka dobiła tego lata do słusznego wieku 12 lat, 168 wzrostu i 47 kilo wagi. Kiedy na nią patrzę jako matka widzę pryszczate pysio, śliczne ząbki (dwa lata katorgi z aparatem ortodontycznym) i za długie włosy (na pewno złapie wszy w szkole).

Jako kobieta widzę cudowne stworzenie, o wielkich oczach z przepięknymi rzęsami i nogach do samej szyi. Jest ładniejsza niż ja kiedykolwiek byłam. Jest moją córką, więc nie czuję ani cienia zazdrości, tylko podziw i ... strach.

Co zrobić, żeby nikt jej nie skrzywdził. Jak uchronić przed zawiścią koleżanek, które ze złości powiedzą jej największy idiotyzm i zdobędą się na niespotykaną podłość (tylko ludzkie szczenięta potrafią być tak bezgranicznie okrutne). Jak nie dopuścić by popadła w manię odchudzania, albo beauty obsession (co to jest? zajrzyjcie sobie na instagrama, gdzie przewalają się fotki klonów z napompowanymi ustami, spacykowanych tonami pudrów).

Dobiwszy swoich 12 latek Jedynka zaczęła rozglądać się po świecie bystrym wzrokiem. Niestety nie tylko po świecie realnym ale też wirtualnym. Uzależniła się od youtube'a.

Wciąż wojujemy z telefonem. Jak tylko spuścimy ją z oka zaszywa się w łóżku pod kołdrą i ogląda vlogi youtuberów. Wzorem są dla niej dziewczyny stojące na tle ściany w spodniach z hm.

np. takie

Komentarz Jedynki do wiadomości, że dziadkowie wyjeżdżają na Maderę: A littlemonster też była na Maderze. 

Jedynka odkrywa w mniejszej łazience moją domową kosmetyczkę (mam dwie - jedną w pracy, drugą w domu... no dobra jeszcze taką małą noszę w torebce): Wow mamo, masz tusz loreala! littlemonster go testowała i jest świetny. Wow mamo, masz rozświetlacz, widziałam go na blogu xxxx (sorry, nie mogę ich wszystkich spamiętać).

Tak oto zostaję bohaterką własnej córki. Gdyż posiadam kosmetyki prezentowane przez szesnastolatkę na Youtubie.

Początek roku szkolnego. Jedynka chodzi i robi oczy Morta (patrz: Madagaskar) - Mamo, a będziesz w Tigerze? Ale jak będziesz to kup mi taki piórnik, no wiesz, plastikowy, wyślę ci link, littlemonster go pokazywała.

Początek roku, wyrosła jak brzoza i trzeba uzupełnić garderobę. Proponuję część własnej szafy, nie da się ukryć, że mam w niej za dużo. O mamoooo, no fajna koszula, ale ja bym chciała taką jak (znów pada nazwa kanału na youtube). Pokażę ci. 

Patrzę i oczom nie wierzę. Banał i nuda. Wystawa sieciówki i to skomponowana przez osobnika o wrażliwości estetycznej nornicy. Obejrzenie filmu w całości nieco mnie kosztowało. - To mamy - mówię. - I to też. I taką kurtkę też. 

- Ale mamoooo. 

Ulegam i nabywam co poniektóre egzemplarze. Znów jestem bohaterem we w własnym domu. 

Jednak wkrótce potem popełniam modowe przestępstwo (w oczach mojej córki) i spadam z piedestału. Kupuję dżinsy dzwony. Podobają mi się. Mają piękny kolor. Pasują do mojego stylu. Mogę sobie na nie pozwolić, bo noszę wysokie obcasy i mam przyzwoity wzrost.

- Błeeee, mamo jak mogłaś. Są obrzydliwe! Dzwony?!~Ohyda!

Nie pytam, która blogerka wydała taki wyrok. Dżinsy noszę. 

Zaczynają się chłody i doroczna wojna Korporacyjnego z córką. W tym roku, ze względu na wzrost i wygląd młodej batalia jest wyjątkowo brutalna. Jedynka upiera się nosić legginsy. Ma chyba z 10 par, ale tylko jedne są ukochane, wyciągnie je z dna kosza na brudy, bo koniecznie musi je założyć. Najlepiej z krótką bluzką. Tyłek na wierzchu. O nerkach nie wspominam. Od października odbieram rano telefony od KM - Widziałaś jak ona się ubrała?! Wyglądała jak lolitka. To skandal. Kazałem jej wrócić i założyć sweter. Tak nie może być!

Rozmawiam po południu z Jedynką, jest wściekła i nie rozmawia z ojcem, próbuję łagodzić. Proponuję, że poszukamy w szafie dżinsów, które będą jej pasowały. Nie ma. Te za krótkie, te za ciasne, te mają okropny kolor. 

- Czyli muszę Ci kupić dżinsy. Jakie?

- Czarne, obcisłe, z wysoką talią, pokażę ci, takie ma littlemonster....

piątek, 20 listopada 2015

Korporacyjne życie KM kwitnie, co oznacza, że więcej go nie ma niż jest. Zagraniczne study tour, szkolenia - wypas.

Że wyjeżdża wiedziałam. W kalendarzu cały tydzień skreślony aż do niedzieli, dopisek "szkolenie".

Próbujemy rozmawiać, ale połączenia na Skypie się rwą. Słabe wifi. Mój messenger w telefonie bez opcji rozmowy wideo. Nie wziął ładowarki, bo okazało się, że z 5 w domu została jedna (czyżby nowa odmiana potwora skarpetkowego? złodziej ładowarek?). 

W końcu jednak zdzwaniamy się w czwartek wieczór. 

KM - Wracam jutro.

JA - Jak to?! Miało cię nie być do niedzieli?

KM (niechętnie) - Miałem jechać do X. Ale nie jadę.

JA - A kiedy mi zamierzałeś o tym powiedzieć?

KM (zły) - No przecież wracam, o co ci chodzi?

JA (wściekła) - O co mi chodzi?!!!

KM - rzuca słuchawką.

O co mi chodzi? właściwie o nic. Bo chyba fakt, że mój mąż wybiera się tuż po wyjeździe zagranicznym na spotkanie ze znajomymi nie jest niczym nadzwyczajnym. Nieistotne jest czy zamierzał zahaczyć o dom, czy od razu z lotniska pojechać gdzieś w Polskę. Czy chciał mi o tym powiedzieć? Powiedział a ja zapomniałam? czym tam chciał pojechać, skoro samochód stoi w garażu? Czy jego złość wynika z mojego zachowania czy z rozczarowania, że spotkanie nie wypaliło? Ciekawe czemu nie wypaliło? Towarzystwo go olało? Nowa władza aresztowała część szemranych pismaków, z którymi się radośnie zadawał?

Jestem tylko głupią kobietą, więc (nigdy się nie nauczę) wysłałam dwa sarkastyczne sms-y. No może jeden bardziej gorzki. Nie zniżył się, by odpowiedzieć. Nie próbowałam więcej. 

Szefu kaszlał w nocy. Biegałam z syropkami, potem zasnęłam skulona na pufie obok jego łóżeczka. Wstałam o 5.30. Włożyłam zbroję z eleganckich ciuchów i wyretuszowałam zmęczoną twarz. Pojechałam do pracy, gdzie wmusiłam w siebie śniadanie. Czeka mnie długi dzień w moim drugim życiu, gdzie nikt nie przypuszcza nawet jaka jestem naprawdę. I dobrze. 

Tylko po co wciąż spoglądam na telefon?

Jak idiotka?

czwartek, 19 listopada 2015

- You look like a queen.

- Queen-Mother?

- No. The queen of my heart.

.

.

.

.

.

Ciekawe. Ciekawe dlaczego po tylu latach rezygnacji i potulnej ciszy ta hydra znów podnosi głowę. Potwór, który kiedyś wygryzał mnie od środka jako młodą kobietę. Piekielna potrzeba by być kochaną. 

Zupełnie zbędna.

Cholernie niepokonana.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
Darmowy licznik odwiedzin
licznik odwiedzin